Rozdział 11 – Złote Wieże

Moje życie z miesiąca na miesiąc przestało być „zwyczajne”. Chwile szczęścia bywały jak sen na jawie — coraz częściej przypominały filmowe sceny, o które prosiłem, wchodząc po raz pierwszy do magicznego hamaka. Były też jednak okresy smutku, z którymi nauczyłem się oswajać. Wiedziałem, że i one mają swój czas i że miną, jak każda burza. Na szczęście miałem przy sobie mądrość Adama Wattsa. To jego nauki stawiały mnie na nogi, kiedy znów wpadałem w pośpiech nowoczesnego świata. I tak wróciłem do tego samego punktu: las, woda, jabłka i medytacje.

Życie działa właśnie tak – gdzieś popełnisz błąd i wracasz na start, ale wracasz już inny: bogatszy
o wiedzę, doświadczenie i blizny, które przypominają, że każda lekcja ma swoją cenę. Te same drzewa, ta sama rzeka, ten sam smak jabłka… a jednak to już nie ta sama gra. I wtedy, w tym spokoju, zadzwonił telefon. On zawsze dzwonił wtedy, gdy byłem gotów do dalszej podróży.

– Chłopaku, wracasz do miasta miłości? Mordor IT czeka, a my szukamy ludzi z takim talentem jak ty.

Mnie nie trzeba długo przekonywać do przygody… Na horyzoncie stały dwie złote wieże. Nie były to zwykłe budynki – bardziej przypominały baśniowe konstrukcje ze stali i światła, które wyrastały z ziemi jak kryształy. Lśniły w słońcu tak mocno, że trudno było na nie patrzeć.

Trafiłem tu nieprzypadkowo. Przyszedłem poznać dwie największe iluzje naszego kapitalistycznego świata.

W pierwszej wieży sprzedawano marzenie o domu.

Domy zawsze miały piękne ogrodzenia, zielone trawniki i uśmiechniętych ludzi przy oknach. Mówiły: „To będzie Twoje miejsce. Tu będziesz wolny”.

Dopiero później okazywało się, że dom od początku należy do kogoś innego. Do banku. A Ty dostajesz klucze, ale razem z nimi — trzydzieści lat strachu, że jeśli potkniesz się choć raz, marzenie może zniknąć. Można było kupić też wiele innych rzeczy, których wcale nie potrzebowałeś. Na chwilę dawały poczucie szczęścia, a potem zostawiały po sobie dziwną pustkę.

W drugiej wieży sprzedawano pieniądze.

A właściwie nie pieniądze, tylko dług przebrany za pieniądz. Wyglądał jak coś bardzo ważnego, choć powstawał z powietrza. Służył raczej do sterowania ludźmi niż do spełniania marzeń. Kazał biec szybciej, pracować dłużej i bać się bardziej. Kiedy zaczynasz to rozumieć, przestajesz słuchać magicznych porad coachów o „energii obfitości”. Przestajesz wierzyć, że wystarczy zamknąć oczy i coś sobie wyobrazić, a świat sam wszystko przyniesie. Zaczynasz za to rozumieć, że prawdziwa zmiana zaczyna się gdzie indziej — w głowie, w decyzjach i w uważności.

Trafiłem właśnie do tej drugiej wieży – od pieniędzy.

Na powitanie dostałem wszystkie możliwe skarby:
– MacBook? Jaki tylko chcesz.
– Kawa? Do oporu.
– Biuro jak w Dolinie Krzemowej.
– Hulajnogi, benefity i cuda na kiju…

Raj na ziemi — a jednak im dłużej tam jesteś, tym wyraźniej czujesz, że to tylko kolejna złota klatka. Nie trzeba być szczególnie bystrym, żeby dostrzec powtarzający się wzór. Zamiast wyników na bieżni pojawiły się wyniki w tabelkach. Codzienny bieg do mety, o której nikt nigdy nie słyszał. Zasady były proste: wszystko ASAP. Szybciej, szybciej i szybciej. Jeśli masz choć odrobinę rozumu, równie szybko orientujesz się, że coś tu jednak jest nie tak.

Jedenaście miesięcy w Mordorze wystarczyło. Wszystko błyszczało. Szampan lał się strumieniami, świętowaliśmy rekordowe wyniki. A ja – gdzieś pośrodku tego blasku – czułem tylko wypalenie.
Wtedy dotarło do mnie, czym tak naprawdę się zajmuję. I na pewno nie było to zbawianie świata.

Lato zbliżało się wielkimi krokami. Nagle coś mnie tknęło: a co by było, gdybym tak dla żartu poprosił zarząd o… prywatny hamak na open space? No przecież nie będę jak gekon siedział całe lato w terrarium. W końcu jestem Chłopakiem z Hamaka!

Chwila wahania, ale wysyłam maila. Sprawdźmy, co odpowie system. Po 15 minutach przychodzi odpowiedź:
– Jasne, masz się czuć jak w raju, chłopaku!

Dwa dni później open space zamienił się w plac zabaw. Ludzie przychodzili do mojego hamaka na sesje dźwiękowe. Przez moment naprawdę uwierzyłem, że system da się rozbroić lekkością.

Jednak niebawem okazało się, że w tym świecie można prosić o wszystko: nowego Maca, hulajnogę, nawet konia na biegunach… Ale gdy wspomniałem o moich zarobkach, zarząd natychmiast zamieniał się w Golluma. W oczach tylko jedno:
– My treasureeee!

I wtedy zrozumiałem: ta gra nigdy nie była o szczęściu. To była gra o „więcej” — taka, której nie da się wygrać. Nie uciekłem więc. Nie walczyłem. Po prostu, jak Frodo po wrzuceniu pierścienia, spakowałem swoje zabawki i ruszyłem dalej, w stronę słońca.

Kiedy coś się kończy, to znak, że nadszedł czas na zmianę. Odchodząc ze świata korporacji, czułem się jak tost, który za długo siedział w opiekaczu. Wiedziałem jedno: nie chcę tam wracać. Marzyłem o historii bez targetów, „pilnych” maili i spotkań, które równie dobrze mogły się w ogóle nie odbyć. Wolność obudziła we mnie coś nowego. Zrozumiałem, że chcę działać dla ludzi, a nie dla wykresów.