Rozdział 15 – Kosmiczna podróż

Był piękny, ciepły, letni wieczór, zachód słońca jeden z tych moich ulubionych w waniliowym kolorze. Bujając się smacznie w moim hamaku, wcinałem tęczowe żelki i sądziłem, że w tym sezonie już nic mnie nie zaskoczy. I właśnie wtedy – nagle – poczułem uderzenie światła. W ułamku sekundy pojawili się kosmici. Nie było czasu na zastanowienie, na logikę. Zanim zdążyłem zapytać, czy powinienem wziąć ze sobą paszport, zostałem spakowany na ich statek.

Pierwsza myśl?
„Chyba coś mocno przeskrobałem…”

Na statku jednak nie było ani paniki, ani próbówek rodem z filmów science-fiction. Wszystko wokół lśniło spokojnym i pulsującym światłem. Ściany zdawały się oddychać, a przez iluminatory widziałem migoczące jak iskry gwiazdy.

Kapitan, o zupełnie niewzruszonej twarzy, jak pokerzysta, powiedział tylko:
— Wszystkiego dowiesz się na miejscu.

Brzmiało to jak tekst z klasycznego filmu akcji. Wtedy wiedziałem już, że i tak nie mam wyjścia. Po długim locie wylądowaliśmy. Powietrze było ciepłe i gęste, niosło w sobie zapach świeżych owoców i wilgotnej ziemi. Niebo na Pandorze przypominało ocean rozciągnięty nad głową, pełen pulsujących barw, które zmieniały się z każdą chwilą. Gdy tylko wysiadłem, zrobiłem to, co zawsze: rozciągnąłem swój hamak między dwoma potężnymi drzewami.

Tutaj nikogo to nie dziwiło. Każdy miał swój hamak, a cała osada zdawała się być utkana z tkaniny, światła i mostów zawieszonych między koronami drzew. Ziemia pod stopami delikatnie pulsowała, jakby oddychała razem ze mną. Czekając na Jake’a, zastanawiałem się, czego oni mogą ode mnie chcieć. Marzyłem, żeby zostać superbohaterem swojego życia, ale nigdy nie wyobrażałem sobie, że to zabrnie tak daleko…

Jake zjawił się nagle. Podszedł i bez słowa zbił ze mną piątkę, po czym od razu przeszedł do konkretów:
— Cześć, chłopaku. Przejdźmy się. W dużym skrócie: bierzesz udział w programie „Orange62” tak jak i ja. Na Ziemi wszystko robimy na odwrót i po cichu, ale to akurat już zdążyłeś załapać. Dlatego tu jesteś. Nasz program polega na podboju Waszej planety przez miłość, zabawę i taniec.

Opowiedział mi, że od lat osiemdziesiątych ich strategią było organizowanie miejsc, w których ludzie jednoczyli się ponad wszelkimi podziałami. Pierwszy festiwal powstał na pustyni w Nevadzie, później były kolejne – jak wyspy rozsiane na mapie świata. Wszystko po to, by przypomnieć ludziom o harmonii, radości i wspólnocie.

— Teraz organizujemy drużynę trzystu kosmicznych tancerzy — dodał Jake. — Strażników Dobrego Vibu, którzy mają nieść pozytywną energię, pilnować porządku na Ziemi, a może nawet zmienić bieg historii…
— Brzmi świetnie, ale jak ja mam w tym pomóc, jestem zwykłym chłopakiem? — zapytałem, starając się zrozumieć absurd całej sytuacji.

Jake spojrzał na mnie poważnie, a w jego oczach błyszczał spokój.
— Obserwujemy Cię od dawna. Jesteś już legendą, choć sam o tym nie wiesz. Masz dar, którego nie da się nauczyć: energię, która porusza ludzi. To właśnie Ciebie szukaliśmy. Potrafisz iść przez życie ze szczerym uśmiechem, pomimo swojej przeszłości pełnej upadków…

Przerwał na chwilę, po czym z rozbrajającym śmiechem dodał:
— Masz dwa wyjścia: albo bierzesz tę robotę, albo dzwonimy do Michaela Jordana…
Chwilę później sam parsknął śmiechem.
— Żartuję. Jordan już nie wytrzymałby tego imprezowego tempa. To Ty jesteś tym, kogo szukaliśmy.

Nachylił się i szepnął:
— Aha, i jeszcze jedno. Ten głos, który słyszysz czasami w swojej głowie? To ja. Jesteśmy połączeni. Taka nasza technologia z Pandory. Jeśli kiedykolwiek poczujesz się zagubiony, zawsze możesz odezwać się do swojego niebieskiego brata.

Drugiego dnia kosmicznej podróży siedziałem w hamaku i patrzyłem na majestatyczne piękno Pandory. Drzewa pulsowały światłem, jakby miały w sobie pamięć wszechświata. Z ich koron zwieszały się tysiące długich pasm przypominających świecące wodorosty, które falowały w rytm delikatnego wiatru. Każdy krok po ziemi wywoływał ciche rozbłyski, a powietrze było gęste od zapachu egzotycznych kwiatów, których płatki rozpościerały się jak dłonie skierowane ku niebu.

Jake pojawił się obok.
— Myślisz, że to niemożliwe? — zapytał. — Prawda jest taka, że Twoja misja jest bardzo prosta. Masz być sobą.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
— Po prostu… być sobą? To wszystko?
— To tyle i aż tyle — odpowiedział. — W waszym świecie bycie sobą to jedno z największych wyzwań. Ludzie gonią za narzuconymi wzorcami, za obrazem, który nie ma nic wspólnego z ich prawdziwą naturą. Twoim zadaniem jest pokazać, że można inaczej. Jeśli robisz coś z serca, to zawsze się uda. Energia, którą w to wkładasz, prędzej czy później wróci do Ciebie.

Patrząc w rozświetlone niebo, przyznałem cicho:
— Na Ziemi czuję się bardzo samotny. Od kiedy zacząłem się zmieniać, ludzie traktują mnie jak obcego.
— Nie jesteś sam, takich jak Ty jest więcej… — odparł Jake. — Jesteśmy tu, by Wam pomóc. Widzę Cię.
— I ja Ciebie widzę — odpowiedziałem, a w moim głosie pojawiła się wdzięczność. — Jesteśmy tu dla siebie.

Jake zatrzymał się na chwilę i dodał:
— Jutro wracasz na Ziemię, bądź chłopakiem z hamaka. To Twoja droga do wolności.

Po czym spojrzał na mnie poważniej niż zwykle.
— Wiesz – powiedział, a jego głos zabrzmiał jak echo Pandory – chciałbym, żebyś zawsze zwracał uwagę na to, w jakim duchu te festiwale przebiegają. Bo to, co robimy, nie może być kolejną maskaradą, kolejną komercyjną nakładką na rzeczywistość.

Rozejrzałem się wokół. Ziemia pod stopami pulsowała delikatnym światłem, jakby żyła własnym rytmem, a drzewa, których korony sięgały nieba, zdawały się nas słuchać. W tej scenerii jego słowa nabierały jeszcze większej wagi.
— Łatwo jest mówić o duchowości – kontynuował – ubierać się w piękne szaty, malować symbole na ciele, powtarzać wielkie słowa o jedności i miłości, ale prawdziwa duchowość nie kończy się na deklaracjach. Ona zaczyna się tam, gdzie szacunek spotyka się z działaniem, kiedy nikt nie patrzy.

Uniósł rękę i wskazał na świetliste pnącza wijące się między drzewami.
— Zauważ, że Pandora nie potrzebuje ozdób. Ona sama jest świątynią. Jeśli naprawdę wierzymy, że jesteśmy częścią natury, to nie możemy traktować jej jak sceny, na której odgrywamy tylko swoje role. Matka Ziemia – czy tutaj, czy w Twoim świecie – to nie tło dla naszych przeżyć. Ona jest bohaterką każdej z tych historii. I od tego, jak ją potraktujemy, zależy, czy będziemy jeszcze mieli gdzie oddychać i tańczyć.

Poczułem, jak jego słowa osiadają we mnie ciężarem i światłem jednocześnie. Natura daje nam wszystko – tlen, wodę, przestrzeń do życia, a ludzie często zachowują się jak goście w trakcie podróży, nie dbając o nią… nie dbając o to, co podarują następnemu pokoleniu.

Na chwilę zapadła cisza. Słychać było tylko puls planety, bijący gdzieś głęboko pod nami.
— Jeśli festiwale mają mieć sens – powiedział Jake, jakby mówił już bardziej do Pandory niż do mnie – mają być przedłużeniem tej więzi, a nie jej złudzeniem.

Leżąc tej nocy w hamaku, czułem, jak Pandora szepcze do mnie jednym głosem: „Słuchaj głosu serca, a będziesz wolny”.

Wtedy zrozumiałem jeszcze jedno: w moim języku słowo „wolny” ma dwa znaczenia.
„Jeśli jesteś wolny” – oznacza, że wolno się poruszasz
i masz czas, jesteś obecny i uważny.
„Być wolnym” – to również odzyskać siebie i żyć
w zgodzie z własną naturą. Żyć na wolności. Jedno bez drugiego nie istnieje. Niby proste, ale jednak odkrywcze.

Po powrocie z Pandory mój świat dosłownie oszalał. Zacząłem widzieć więcej, czuć więcej i słyszeć więcej. Wiecie, coś jak po ugryzieniu pająka — tylko zamiast pajęczych supermocy dostałem moc czucia. Każda emocja, każda energia wokół mnie uderzała jak fala – barwna, żywa i wibrująca. Na początku myślałem, że zwariuję, ale z czasem odkryłem, że to nie przekleństwo. To dar, który się we mnie budził.

Największą zmianą było pojęcie, jak działa intuicja. Pierwszy, cichy głos, który pojawia się, zanim umysł zdąży cokolwiek przeanalizować, a kiedy próbowałem polegać wyłącznie na logice? Powstawał tylko chaos…Po dłuższym czasie zrozumiałem, że klucz tkwi w zaufaniu temu wewnętrznemu przewodnikowi. To on prowadzi jak latarnia w ciemności.