Kiedy wyleciałem z mojego raju, stanąłem u jego bram – pełen wątpliwości i gniewu, lecz tym razem skierowanego prosto we mnie. Przez chwilę miałem wrażenie, że utraciłem wszystko, co naprawdę miało znaczenie. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek jeszcze odnajdę miejsce, które będę mógł nazwać domem.
Wtedy pierwszy raz zobaczyłem Jacka Hollydaya. Stał po drugiej stronie, z rękami w kieszeniach, przypominając mi mojego brata, z którym nigdy nie potrafiłem znaleźć wspólnego języka.
Podszedłem bliżej i spytałem:
– Co Ty tu robisz?
Spojrzał na mnie z lekko uniesionym kącikiem ust, jakby chciał powiedzieć: „Czy to naprawdę pytanie?”
– To samo, co Ty – odpowiedział spokojnie.
Parsknąłem krótkim śmiechem, bo wiedziałem, że miał rację. W jego słowach kryła się prawda, której sam nie chciałem przyznać.

Usiedliśmy obok siebie. Zacząłem opowiadać o swoich przygodach – o tym, jak goniłem za marzeniami i jak w końcu znalazłem się tutaj, na tej dziwnej granicy. Ku mojemu zdumieniu Jack z każdą chwilą rozjaśniał się coraz bardziej, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, z którego był znany. Może po raz pierwszy od dawna dostrzegł w kimś odbicie własnych przeżyć.
W pewnym momencie urwałem swoją opowieść i spojrzałem mu prosto w oczy.
– Słuchaj, Jack, a co by było, gdybyśmy stworzyli własny raj? Taki, w którym Święty Piotr nie miałby nic do powiedzenia. Co Ty na to?
Jack zmrużył oczy, a w jego spojrzeniu zatańczył błysk.
– To brzmi jak plan – odparł.
Podaliśmy sobie dłoń, a ten prosty gest przypieczętował nowy sojusz. Od tamtej chwili wiedziałem, że staliśmy się nierozłączni – dwaj wędrowcy, którzy u bram raju odnaleźli siebie nawzajem.
W maju wybraliśmy się z Jackiem do Rzymu na spotkanie z naszym ojcem. Był ciekawy, jak idą przygotowania do festiwalowego sezonu, a szło nam naprawdę świetnie – wszystko było w pełnym rozkwicie: hamaki, poduszki, namioty… Przygotowani jak 300 Spartan na Termopile! To nie były ćwiczenia! Szerzenie dobrej nowiny potraktowaliśmy bardzo poważnie, ale Jack, jak to Jack, nie mógł usiedzieć w miejscu. Trafił do watykańskiej biblioteki i przepadł. Za każdym razem, gdy wracał, miał coraz większe oczy i jeszcze więcej rewelacji.

— Stary, to jest szok — powiedział, siadając obok mnie. — Wszystko, co znamy z książek, to jeden wielki fake. Cała historia to bajka pisana przez zwycięzców. Nie myliłem się… To były zwykłe kody – programy, które od setek lat zapętlają ludzi w fałszywych narracjach. Zamiast łączyć, tworzą podziały. Zamiast budować mosty, stawiają bariery. I tak w kółko – aż ludzie zaczynają żyć jak niewolnicy, nie wiedząc nawet, że są uwięzieni.
— Ciężko to ogarnąć — dodał Jack — jak bardzo nasza rzeczywistość została zaprojektowana tak, byśmy nigdy się nie połapali. To wciąż średniowiecze, tylko z nowymi gadżetami. Wszyscy chcą walczyć jak gladiatorzy, rywalizować na każdym kroku, a życie przecież powinno być lekkie.
Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, a potem wypalił:
— I wyobraź sobie, że w tych księgach znalazłem coś o eterze i wolnej energii. I żeby tego bylo mało wyobraź sobie, że Koloseum było tak naprawdę największą areną z boską muzyką, żadnych krwawych walk… Rozumiesz to? Oni to wszystko przekręcili…
Uśmiechnąłem się.
— Widzisz, Jack? Wystarczy dać ludziom fałszywy napęd – pieniądze – i stają się jak chomiki. Biegają w kółko, myśląc, że dokądś zmierzają. Wiem, że to smutne, ale taka jest prawda.
Jack tylko pokręcił głową. On nie był typem, który wierzy w coś na słowo. Musiał wszystko sprawdzić, zmierzyć, zbadać i trzy razy przemyśleć.
— No dobra — westchnąłem. — To gdzie teraz chcesz się wybrać?
— Pierwsza myśl — odparł bez wahania. — Jesteśmy w Rzymie… Kaplica Sykstyńska. Michał Anioł. Chcę wiedzieć, jak to było naprawdę.
Roześmiałem się.
— Ok! Sprawdźmy to!
I tak zaczęła się nasza pierwsza wspólna kosmiczna podróż. Wskoczyliśmy do hamaka.
— Zamknij oczy i nic nie mów — powiedziałem.
W mgnieniu oka, przenieśliśmy się do czasów renesansu. Weszliśmy do Kaplicy Sykstyńskiej. Atmosfera monumentalna, cisza drżała w powietrzu, a w tle leciała Enya. Pod sklepieniem – zamiast samego fresku – stał on. Michał Anioł, we własnej osobie!
— O, witam moje aniołki, dobrze że jesteście! — krzyknął, klepiąc nas po tyłkach. — Rozbierać się, bo nie mamy czasu! Już, już, już – rach, ciach, pach!
Jack spojrzał na mnie z konsternacją i wyszeptał:
— Ale o co tutaj chodzi?
— No jak to? — Michał rozłożył ręce. — Będziecie pozować. Terminy nas gonią, weny brak, papież nalega na jakąś nową rzeźbę, a tu jeszcze nieskończony sufit. Modele mieli być na 10:00. Jest 10:10. To Wy, prawda?
Spojrzeliśmy na siebie, wymieniliśmy porozumiewawcze uśmiechy i niemal jak chór odpowiedzieliśmy:
— Tak, to my!
— No to świetnie! — Michał zatarł ręce. — Ja wchodzę na Pinteresta szukać inspiracji, a Wy się rozbierajcie!
Jack zrobił wielkie oczy, kompletnie zaskoczony. Ja jednak wiedziałem, co się dzieje, więc z uśmiechem rzuciłem:
— Michale, mam taki pomysł. Wyobraź sobie: ja na hamaku nago, w boskiej pozycji, nade mną Stwórca. Prawie dotykamy się palcami. Ja ledwo się trzymam, jakbym miał zaraz wypaść, a za Stwórcą – mózg. Ten, co pilnuje nas w iluzji. Chodzi o połączenie z boską świadomością. Widzisz to, mistrzu? Mocna metafora, chyba tego pragniesz!

Michał przysiadł, spojrzał na mnie i przez chwilę milczał, a potem wybuchnął:
— Chłopaku, aniele Ty mój! GENIALNE! Jak Ty to wymyśliłeś?!
Słuchajcie, kiedyś byłem u takiego jednego Adama… To wyglądało podobnie. Była tam taka Lucy, wskoczyłem do magicznego hamaka i bang – gadałem z Bogiem! Dokładnie tak powstało moje „Stworzenie Adama”
Jack już leżał na podłodze, turlając się ze śmiechu.
— Nie wierzę! To się naprawdę dzieje?! — wydusił między kolejnymi salwami chichotu.
Michał klasnął w dłonie:
— No dobra, aniołeczki! Do roboty! Ty na hamak, a Ty — wskazał na Jacka — możesz zrobić kilka dodatkowych póz. Wyciągnij ręce, jakbyś chwytał słońce.
O tak! Teraz opuść głowę, melancholia… świetnie!
A teraz lekko rozchyl koszulę, tak… widzisz? Boski!
Jack stał jak sparaliżowany, ale nie chciał się sprzeciwiać artyście. Każda poza była coraz dziwniejsza: od „modlącego się mnicha”, do „anioła w locie”.
Miałem niezły ubaw, a Jack cały czas powtarzał:
— Stary, to jest jakiś kosmos!
Michał tymczasem szalał z notatkami, szkicami
i aparatem 3D. — Muszę to uchwycić, muszę! — powtarzał.
Po skończonej sesji Michał Anioł, wywracając oczami, zerkał na Jacka. Ewidentnie wpadł mu w oko. Muszę przyznać, że miałem niezły ubaw.
Sztuka rządzi się swoimi prawami, a jeśli chcesz być natchnieniem dla milionów i wzorem piękna, musisz czasem stanąć przed obiektywem w niecodziennych okolicznościach. A Michał? Jak na artystę przystało, miał pewne wizje – trochę bardziej… odważne. Widziałem ten jego blask w oku… Żeby ratować Jacka przed nagą sesją, rzuciłem pół-żartem:
— Michale, Jack jest tak boski, że wystarczy mu tylko stanąć niedbale i rozpiąć odrobinę tę swoją hawajską koszulę. Resztę podorabiasz filtrami, promptami i innymi cudami techniki, prawda aniołku?
Michał spojrzał na mnie oburzony, jego twarz przybrała kolor dojrzałego pomidora. Machnął ręką w typowo „męskim” artystycznym geście i westchnął ciężko.
— No dobrze, niech tak będzie…
Sesja była, jak na Michała przystało, na maksa profesjonalna. Zdjęcia? W 3D, z pełnym rozmachem! Z tego miała powstać przecież rzeźba.

Artysta zadowolony, Jack ocalony, a ja? Czerpałem z tego wszystkiego niezłą frajdę. Gdy wyszliśmy z Kaplicy Sykstyńskiej, rzuciłem do Jacka:
— Widzisz, historię piszą zwycięzcy. Wymyśliłbyś coś takiego?
Jack roześmiał się jeszcze głośniej – trzymając się za głowę.
— Nigdy w życiu, ale jedno wiem na pewno: ta historia będzie opowiadana wieki!
Ta podróż była akurat lekka i przyjemna. Zaczynałem rozumieć, jaka jest moja rola. Miałem pomagać innym, tak jak obiecałem, ale im bardziej to robiłem, tym większy ciężar czułem na swoich barkach. I mimo że nieraz pragnąłem odpocząć, nie mogłem przestać…
Chciałem dojść dalej niż ktokolwiek, chciałem odczarować cały świat. Może dlatego tak łatwo wskakiwałem w te wszystkie przygody – bo wiedziałem, że nie chodzi tylko o mnie. Każda kolejna podróż, każdy absurd i każdy śmiech były cegiełką w budowaniu czegoś większego. I w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: a co jeśli ja sam stałem się jak Aleksander? Zdobywam, podbijam, odkrywam… tylko w inny sposób – zamiast miecza mam hamak, zamiast armii mam świadomość, a jednak pragnienie, by zajść dalej niż inni, potrafi być tak samo bezlitosne i zgubne. Różnica była tylko taka, że ja nie chciałem podbić ziemi. Chciałem ją odczarować. I to właśnie sprawiało, że mój ciężar stawał się jednocześnie… skrzydłami, które prowadziły mnie dalej.