Rozdział 19 – Pęknięte lustro

Po powrocie z Rzymu Jack chodził rozentuzjowany, tryskał energią i pomysłami, jakby właśnie połknął słońce. Ja odpoczywałem na hamaku w ogrodzie za domem. I właśnie wtedy pojawił się Mały Książę. Wszedł cicho, jakby stąpał po linie rozciągniętej między światami. Nie miał w sobie beztroski dziecka – był poważny, skupiony, jakby niósł ze sobą wiadomość z innego wymiaru.

— Narysowałem coś dla Ciebie — powiedział.

Podał mi kartkę. Kreski były mocne, poszarpane, pełne ciężaru i mroku. Zobaczyłem mężczyznę bez twarzy, który stał przygięty, a nad głową trzymał ogromny głaz. Cała jego postać była napięta, jakby istniał tylko po to, by dźwigać ten ciężar.

Patrzyłem na rysunek i czułem, jak ściska mnie w gardle. To nie była bajka ani legenda – to byłem ja.

— Już rozumiem, co chcesz mi powiedzieć, wiem co mam zrobić — szepnąłem. — Dziękuję za ten drogowskaz.

Mały Książę lekko się uśmiechnął, ale w jego oczach wciąż tlił się smutek. Potem zniknął tak nagle, jak się pojawił, a ja zostałem sam – z kartką w dłoni i pewnością, że jedna ścieżka dobiegła właśnie końca.

Ścisnąłem mój medalion i przeniosłem się do stajni Augiasza. Mijały dni. Tygodnie. W końcu liczyłem już miesiące. Po 246 dniach niekończącej się pracy w stajni stwierdziłem, że mam dość. Każdy kąt wyszorowany, każdy zakamarek wyczyszczony, a ja czułem, że wciąż stoję w miejscu. Wplątałem się w obowiązki i historię, która wcale nie była moja.

„Nie, sprzątam dalej…” – powtarzałem sobie jak w transie.

Schodzę do piwnicy. Patrzę – nie ma już co sprzątać. Cisza. Konie stoją poważne jak nigdy, jakby same zaczęły rozumieć absurd tej sytuacji.

I nagle – głos.

Dochodził z samego końca piwnicy. Idę ostrożnie i nagle w kącie dostrzegam cień postaci. Wyglądał jak ten z rysunku Małego Księcia – cały czarny od pyłu, zmęczony i straumatyzowany. Na plecach niósł ogromny głaz, przygniatający go niemal do ziemi.

— Muszę to robić! — wyszeptał ochryple. — Nie mam wyjścia.

Podchodzę bliżej i… zamieram. To byłem ja.

Nie wymyślona postać, nie mit – to ja, w swojej najbardziej udręczonej wersji. Na ścianie wisiało ogromne pęknięte lustro. Spojrzałem w taflę i zobaczyłem własne odbicie – zmęczone, przygarbione, spętane obowiązkami, których nikt mi nie narzucił, a które sam sobie wziąłem na barki.

— Człowieku — powiedziałem w końcu do swojego odbicia — zostaw ten głaz. Mam lepszy pomysł.

Mój cień spojrzał podejrzliwie. Jakby nie wierzył, jakby widział we mnie kolejnego kaznodzieję od pustych haseł, ale po chwili w jego oczach zapaliła się iskra. Zrzucił głaz i wyciągnął do mnie rękę.

Rozglądnąłem się jeszcze po piwnicy. Było czysto, idealnie czysto – jakby cała ta praca naprawdę już się skończyła. Konie milczały, poważne, jakby chciały zaklaskać kopytami.

— To co? — spytałem. — Odchodzimy stąd?
— Odchodzimy — odpowiedział. Jeszcze niepewnie, ale już wolny.

Wyszliśmy razem z tej piwnicy, a każdy krok był lżejszy od poprzedniego. W odbiciu pękniętego lustra stała moja dawna wersja – ta, która wierzyła, że trzeba wiecznie dźwigać cudze ciężary, ale lustro zaczęło się rozpadać, kawałek po kawałku, aż w końcu roztrzaskało się w pył. Wiedziałem, że ta część mnie już nigdy nie wróci.

Po powrocie zrozumiałem, że powinienem również zakończyć podróże z Aleksandrem. Ta relacja również mi ciążyła. Przed wyjazdem na festiwale poczułem, że powinienem jeszcze raz go odwiedzić. Miałem wrażenie, że powinien pojechać z nami – trochę odpocząć, zobaczyć inny świat, ale wiedziałem też, że to trudne. Cała armia na głowie, podboje, polityka, ciężar historii… On nigdy nie miał czasu.

Wpadłem na pomysł. Podejdę go. Zabiorę go na stadion. Aleksander kochał rywalizację, podobnie jak ja kiedyś. Gdy już tam dotarliśmy, powiedziałem:
— Słuchaj, królewski dystans. Ty na swoim Bucyfale, ja na nogach. Tutaj jestem mistrzem, nie masz szans. Ten, kto pierwszy na mecie napisze kredą „jestem wielki”, wygrywa. Jeśli ja wygram – jedziesz z nami na festiwal. Jeśli przegram – dołączam do twojej armii.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Niemożliwe! — krzyknął. — Nie dasz rady!

— To przekonajmy się! — odpowiedziałem z uśmiechem.

Stanęliśmy na swoich torach. Atmosfera była napięta jak przed wielką bitwą. Wystrzał. Aleksander ruszył z kopyta, a ja… podniosłem się powoli. Przeciągnąłem leniwie, ziewnąłem i spokojnym krokiem podszedłem do mety, która znajdowała się metr ode mnie. Wziąłem do rąk kredę i napisałem: „jestem wielki”.

Po chwili na mecie zjawił się Aleksander, krzycząc:
— Co to ma być?! To oszustwo! Gdzie w Tobie moralność?!

Spojrzałem na niego spokojnie.
— Wodzu, przecież nie mówiłem, że biegniemy czterysta metrów. Królewski dystans dla mnie to ten najkrótszy. Sam mnie tego uczyłeś – logika, prawda… Wygrałem, a tak przy okazji – czy moralne jest zabijać i przejmować ziemię innych ludzi tylko po to, by mianować siebie wielkim?

Na twarzy Aleksandra pojawił się gniew, ale w jego oczach dostrzegłem coś więcej – przebłysk zrozumienia. Zsiadł z Bucyfała, stanął przede mną i po chwili milczenia powiedział:
— Nigdzie z Wami nie jadę. Mam ważniejsze rzeczy na głowie, a Ty masz tu nigdy nie wracać, chłopaku.

Nie wiedziałem, czy to była złość, duma, czy może jednak początek refleksji, ale wtedy pierwszy raz powiedziałem mu wprost, co myślę o jego szalonych podbojach. I poczułem się lżej. Wróciłem do domu. Czułem ulgę, ale coraz bardziej miałem wrażenie, że walczę sam ze sobą, a nie
z wielkim władcą. Zacząłem się zastanawiać: dokąd to mnie prowadzi? Czy jestem jeszcze sobą… czy już Aleksandrem Wielkim?