Rozdział 21 – Mystic

 

To lato było inne, jakby wolniejsze… Czułem, że moja podróż mnie zmieniła.

I wtedy odezwał się do mnie Kosmoski Wujas – mistrz nieziemskich planów i prawdziwie mistyczna postać. Nie da się go pomylić z nikim innym. Jego blond czupryna wyglądała, jakby ciągle była rozwiana kosmicznym wiatrem, a uśmiech od ucha do ucha potrafił rozbroić każdą barierę. Chodził zawsze w jakichś oldschoolowych dresach, które wyglądały, jakby sam David Bowie wyciągnął je z garderoby po trasie koncertowej, a żeby było zabawniej – codziennie inna kreacja: czasem panterka, czasem neon, czasem listki zamiast spodni.

– Chłopaku, pakuj się! – rzucił. – Jutro mamy być na Mystic. Zaproszenie od niebios, to chyba Twój powrót do raju!

Kiedy czuję, że w powietrzu wisi przygoda, nie trzeba mnie przekonywać dwa razy. Spakowałem hamaki, namiot, luz i otwartą głowę. Po kilku godzinach byliśmy już w drodze. Każdy kilometr oddalał mnie od codzienności i przybliżał do miejsca, które miało odmienić moje życie.

Mystic odbywa się na wyspie. Gdy przechodziłem przez kładkę prowadzącą na teren festiwalu, od razu poczułem, że to miejsce jest magiczne. Już pierwszy krok sprawił, że mój umysł zanurzył się w innym świecie.

Wyspa przypominała Pandorę – pełną kolorów, energii i nieziemskich konstrukcji. Na wejściu wisiał ogromny turkusowy hamak, jakby czekał właśnie na mnie. W tej chwili zrozumiałem, że znalazłem się tam, gdzie miałem być. Ludzie wokół mnie mieli niesamowitą energię – pełni pasji, miłości i dobrej wibracji. To nie była zwykła podróż. To była magia. Mystic to nie tylko festiwal. To dowód, że kiedy przestajesz szukać na siłę, życie przynosi Ci wszystko, czego potrzebujesz, ale to był dopiero początek mistycznej przygody.

Niedaleko naszego namiotu z dźwiękowymi hamakami stał stary, zardzewiały samochód. Na pierwszy rzut oka – zwykły wrak, ale kiedy spojrzałem na niego dłużej, poczułem dziwne poruszenie. Wróciło do mnie wspomnienie z dzieciństwa – chwila, kiedy jako mały chłopiec zostałem sam w samochodzie. Pojazd stoczył się kilka metrów i choć nic się nie stało, strach tamtego momentu na zawsze został we mnie gdzieś głęboko, ale wyparty. Dopiero teraz, patrząc na wrak, uświadomiłem sobie, że przez lata nosiłem w sobie ten lęk.

Usiadłem nad brzegiem jeziora, zamknąłem oczy i oddałem się medytacji. Nagle ujrzałem małego, niebieskiego kosmicznego chłopca. Skulony, przestraszony, wyglądał tak, jak ja wtedy – zagubiony i samotny. Zrozumiałem, że to on przez lata mieszkał we mnie. Mój lęk, że jestem sam.

– Już nie musisz się bać – wyszeptałem. – Wszystko jest dobrze.

Chłopiec uniósł głowę, a w jego oczach pojawił się spokój. Uśmiechnął się i rozpłynął w powietrzu.

Otworzyłem oczy. Poczułem lekkość. Woda wciąż była spokojna, ale coś we mnie się zmieniło. Strach, który trzymał mnie od dzieciństwa, w końcu odszedł. Wtedy zrozumiałem, dlaczego ten festiwal nosi nazwę Mystic.

Wieczorem spotkałem się z Jake’iem, moim gwiezdnym towarzyszem podróży.
– Widzę, że nasze zaproszenie dotarło, chłopaku – powiedział z szerokim uśmiechem.
– Tak. Czułem, że kosmos mnie wzywa.
Jake pokiwał głową. – Olimpijskie tempo! Nie sądziłem, że tak szybko Ci pójdzie…
Uśmiechnąłem się. – Wiesz, Jake… ja naprawdę nic wielkiego nie zrobiłem. Po prostu słuchałem ludzi, łączyłem kropki i działałem, a przy tym starałem się dobrze bawić, nawet jeśli czasem nie było mi do śmiechu.
– Masz rację – odpowiedział spokojnie. – Ale teraz czas, żebyś zrobił coś dla siebie. Odpoczął. Zanim zabierzesz się za budowę swojego rajskiego ogrodu.

Patrzyłem w dal. Faktycznie, dawałem z siebie wszystko, ale zapomniałem o najprostszej rzeczy –
o odpoczynku w hamaku.
– A może – dodał Jake – zacznij marzyć o czymś większym. Każdy dzień to zaproszenie, a my zawsze będziemy Cię wspierać. Pamiętaj: jesteś strażnikiem dobrego vibu.

To było nasze ostatnie spotkanie. Wiem jednak, że Jake wciąż gdzieś tam jest. Pilnuje mnie z kosmosu, tak jak ja pilnuję dobrego vibu na ziemi.

Przed zachodem słońca siedziałem na hamaku, wcinając soczyste jabłko i obserwując kolorowe postacie krążące między namiotami. Powietrze pachniało kadzidłem, kurzem i magią – taką, jaką czuć tylko w miejscach, gdzie czas przestaje istnieć.

I wtedy zobaczyłem dziwnego gościa. Za drzewem, w cieniu, stał wysoki typ o długich włosach, bose stopy okrywały tylko proste skórzane sandały. Spoglądał na mnie co chwilę, jakby się czaił. Jakby sam nie wiedział, czy podejść, czy zniknąć w tłumie.

W końcu nie wytrzymałem, wstałem i zagadałem:
– Hej, kolego, a ty to kto?

On uśmiechnął się szeroko i odpowiedział:
– Jam jest Jezus z Nazaretu…

Po chwili dodał, mrugając lekko:
– Tzn. tak naprawdę na imię mam Krzysztof, ale wiesz, jak chodziłem i tłumaczyłem ludziom, że cały świat działa na odwrót, nikt nie chciał mi uwierzyć, a ja non stop powtarzałem: „O jeeessuuuu…”. No i w końcu ktoś to podłapał – i się do mnie przykleiło.

Zaparło mi dech.
– Święty mocny! – krzyknąłem. – Zawsze chciałem się dowiedzieć, jak to było w oryginalnej wersji. Tego to nawet w księgach watykańskich nie ma. Wszystko wymazane. Chodź no tutaj, siadaj na hamak, opowiesz mi, jak to było naprawdę!

Usiedliśmy wygodnie. Jezus rozciągnął się w moim turkusowym hamaku, sandały zostawił pod drzewem, a ja podałem mu kawałek jabłka.
– No to dawaj – zacząłem. – Jak to było?

Spojrzał w niebo, jakby chciał się upewnić, że gwiazdy słuchają, i odparł z uśmiechem:
– Wiesz, tak szczerze mówiąc, to Wasz namiot trochę przypomina nasz. Nazywaliśmy go gwiazdą betlejemską, bo w nocy świecił tak jasno, że widać go było z daleka na każdym festiwalu. Dlatego tak się przyglądałem, bo w sumie początek naszej historii wyglądał podobnie jak Wasze festiwalowe wojaże. Jeździliśmy od imprezy do imprezy i głosiliśmy dobrą nowinę. Mówiliśmy o tym, że wszyscy jesteśmy stworzeni na podobieństwo stwórcy, że trzeba się miłować, że wszystko jest jednością, że nasze ciało jest świątynią, że Bóg jest w nas, ale mało kto chciał nam uwierzyć…

– A kto Ci towarzyszył na początku? – dopytałem.

– Ha! – zaśmiał się. – W sumie tylko Judasz. Dobry z niego chłopak. To z nim spisaliśmy pierwszą wersję „Biblii”. On to miał dar do ludzi i marketingu – chodził od domu do domu i sprzedawał pierwsze wydanie naszego dzieła, stąd właśnie przezwisko Judasz.

Parsknąłem śmiechem.
– A te 30 srebrników?

– Aaa, to była cena za pierwsze wydanie Biblii! – odparł rozbawiony. – Chłopaki z Watykanu zrobili z tego dramat, a to zwykła transakcja była. Z czegoś przecież trzeba było żyć.

– No a co z tym upadkiem pod krzyżem? – spytałem
z przekąsem.

Jezus machnął ręką:
– Totalne bzdury. To była zwykła festiwalowa wpadka. Po jednym z wojaży upadłem… ale nie pod krzyż, tylko pod hamak, a zdarzyło mi się to ze trzy razy, wstyd jak nie wiem…

– To chyba zdarzyło się każdemu, jesteśmy tylko ludźmi. Czyli… żadnego zmartwychwstania nie było? – uniosłem brew.

– Tego tematu wolałbym nie poruszać – powiedział, zgryźliwie się uśmiechając. – Ale fakt, parę dni byłem kompletnie nieprzytomny. Dobrze, że Judasz mnie przypilnował.

Roześmiałem się głośno, ale zaraz dopytałem:
– A powiedz mi… jak to w ogóle się stało, że panowie z Watykanu przejęli waszą historię?

Jezus przewrócił oczami.
– Szkoda gadać… – westchnął. – Na początku zaproponowali nam złote góry. Obiecywali ekranizację naszej historii, spin-offy, trylogię, całą franczyzę… jednorożce, które kusiły na każdym kroku.

– I co, zgodziliście się? – spytałem z niedowierzaniem.

– Ja nie chciałem – odparł poważnie. – Ale Judasz nalegał. Powiedział: „Stary, to nasza szansa, trzeba iść z duchem czasu, wchodzimy w to”. No i nie sprawdziliśmy dokładnie umowy… I masz, wszystko przepadło, a potem zrobili z tego cyrk i teraz bujam się już tak ze 2 tysiące lat…

Pokiwałem głową, jakbym słuchał historii kolegi, którego wkręcili w niekorzystny kredyt.
– Czyli cała prawda o festiwalach… zamknięta w sejfach Watykanu?

– Dokładnie tak, a my zostaliśmy tylko jako postacie z plakatu.

Jezus nagle spoważniał. Zerknął na mnie uważnie, jakby próbował ocenić, czy jestem gotowy na „wersję dla dorosłych”.
– Wiesz – powiedział cicho – największy problem polega na tym, że ludzie uwierzyli w teatralną wersję naszej historii, a nie w tę prawdziwą. A ta prawdziwa była… bardziej ludzka, a jednocześnie bardziej duchowa, niż ktokolwiek chciał przyznać.

– W sensie? – spytałem.

Jezus westchnął i spojrzał gdzieś w bok, jakby wspominał.
– Wiesz, był taki jeden Filip, on spisał naszą Ewangelię po swojemu… Poprawił trochę to co stworzyliśmy z Judaszem. Ten to miał lekkie pióro. Gdyby ją puścili oficjalnie, świat wyglądałby dziś inaczej. Tam nie chodziło o cuda, tylko o świadomość. O to, że zbawienie nie przychodzi z zewnątrz… tylko z wnętrza. Że człowiek nie potrzebuje pośredników, bo boskość ma w sobie.

Uniósłem brew.
– Czyli jednak „królestwo jest w nas”?

Uśmiechnął się półgębkiem:
– No a gdzie niby miało być?

Parsknąłem, ale on kontynuował już spokojnie:
– Filip pisał o czymś, czego ludzie panicznie się boją: że największy cud, jaki może Cię spotkać, to poznanie samego siebie. Że masz w sobie światło… ale też cień. I dopiero gdy oba zaakceptujesz, stajesz się pełny.

– Brzmi… dojrzale – skinąłem głową.

– Bo to nie była bajka dla dzieci – powiedział. – Wiesz, oni później wszystkie moje słowa przekręcili, a tymczasem ja mówiłem tylko o jednym: o integracji.

– I dlatego tak naciskałeś na miłość?

– Tak. Bo tylko miłość łączy to, co rozdzielone. Chodziło o siłę, która potrafi zebrać człowieka z jego rozbitego życia i złożyć go na nowo. – Zawiesił głos, po czym dodał: – A Filip napisał jeszcze jedno: że zmartwychwstanie nie jest wydarzeniem po śmierci. To przebudzenie. Tutaj. Teraz. Kiedy orientujesz się, że nie jesteś tylko ciałem, wspomnieniem, lękiem… ale czymś, co trwa mimo wszystkiego.

Jezus przeciągnął się w hamaku, lekko uśmiechnięty, ale już poważny.
– Szkoda tylko, że wybrali wersję z dramatem, krwią i kontrolą zamiast wersji z transformacją, ale cóż… każdy wybiera swoją prawdę…

Przez chwilę milczeliśmy. Jezus patrzył na ogień, a potem dodał:
– A wiesz, te wszystkie „cuda”, o których ludzie gadają, to były zwykłe festiwalowe akcje. Wino? To żadna magia – po prostu rozcieńczaliśmy je z wodą, bo mieliśmy mało kasy i trzeba było, żeby starczyło dla wszystkich. Chleb mnożył się sam, bo każdy w ekipie przynosił swój bochenek i nagle robiła się cała góra.

Wtedy wskazał ręką na pobliskie jezioro. Na tafli wody rozstawiony był lśniący w świetle lamp dancefloor, na którym ludzie tańczyli jak zaczarowani.
– A chodzenie po wodzie? – Jezus roześmiał się. – To też przekręcili. Tak naprawdę chodziło o tańczenie na wodzie. Widzisz? – wskazał na parkiet.

– To był mój ulubiony numer! Kręciłem się tam jak szalony! – mówię.

Śmialiśmy się jeszcze chwilę, aż w końcu Jezus zerknął na mnie spod długich włosów i spytał:
– A powiedz mi, chłopaku, skąd masz ten piękny pomarańczowy kardigan? Bo wygląda mi bardzo znajomo.

Spojrzałem na mój festiwalowy gadżet i roześmiałem się głośno.
– Znalazłem go po Termopilach, ze swoimi rzeczami w hamaku…

Jezus klasnął w dłonie i krzyknął:
– No właśnie, ten turkusowy hamak, teraz go mam przed oczami, musiałem go tam zostawić! To był jeden z lepszych festiwali, początek muzycznej epoki…

Po chwili dodał ciszej, jakby wspominał coś wyjątkowego:
– Wiesz… miałem ten kardigan nawet na Ostatniej Wieczerzy. To była taka nasza afterowa kolacja, ostatni wspólny posiłek po letnich festiwalach. Ciepło mi się robi, jak o tym myślę.

I wtedy obaj wybuchnęliśmy takim śmiechem, że ludzie w namiotach obok zaczęli się dopytywać, co się tutaj dzieje… A ja pomyślałem tylko jedno:
Czyli okazuje się, że historia lubi się powtarzać…

Po Mystic wracaliśmy do domu, a ja rozmyślałem o tym wszystkim, co się wydarzyło, i mówię do Kosmo Wujasa:
– Wiesz co, ciekawe czy takich miejsc jak to jest więcej?
Kosmowski Wujas odparł bez namysłu:
– No chłopaku, jak to możliwe, że jeszcze nie słyszałeś o Turkusowej Wyspie?
– Pierwsze słyszę – odpowiedziałem, zdziwiony.

Brzmiało znajomo, a jednocześnie jak echo jakiejś rozmowy. Nie tracąc czasu, ruszyłem tam zaraz po festiwalu. Turkusowa Wyspa wyglądała jak sen. Na polu kempingowym stał turkusowy kamper – dokładnie ten sam, który widziałem kiedyś na pamiętnym festiwalu pod wielkim jeleniem. Wszedłem do środka, a tam… wielka balowa sala. Na hamaku siedział mój stary znajomy z festiwalu. Na początku mnie nie poznał, ale kiedy przypomniałem mu nasze spotkanie, poderwał się i mocno mnie uściskał.
– To Ty, marzycielu! – krzyknął. – Jak Ci się podoba Turkusowa Wyspa, moje rajskie przedsięwzięcie?

– Co tu dużo mówić… wygląda jak marzenie – odpowiedziałem z uśmiechem.
– Chodź, pokażę Ci coś wyjątkowego – powiedział z błyskiem w oku.

Oprowadził mnie po całym terenie, pokazał miejsce do saunowania, salę do jogi, a potem zaprowadził mnie do miejsca, które było sercem wyspy – permakulturowego ogrodu. Ogród był piękny… Grządki pełne kolorowych warzyw i ziół, krzewy jagód, drzewa owocowe splecione winoroślą. Ścieżki wysypane drewnianymi wiórami prowadziły do zakątków, gdzie rosły zioła lecznicze, a pośród nich stały gliniane misy z wodą dla ptaków. Wszędzie panował spokój i harmonia – natura żyła swoim rytmem, a człowiek był tylko jej gościem.

– Tu nic się nie marnuje – tłumaczył gospodarz. – Kompost wraca do ziemi, woda krąży w obiegu,
a jedzeniem, które tu rośnie, karmimy naszych gości. Wszystko zdrowe, czyste i pełne życia. Widzisz chłopaku, a zaczynałem od małego turkusowego domku.

Spędziłem na Turkusowej Wyspie kilka tygodni. Chciałem poczuć klimat tego miejsca od środka. To nie była zwykła podróż – to było kolejne doświadczenie. Wiedziałem, że znalazłem kolejny klocek do budowy mojego rajskiego ogrodu, a zaczynałem od marzenia o małym domku. I z tą iskierką w sercu ruszyłem dalej w podróż.

Kiedy wróciłem do swojego domu, usiadłem w hamaku, zamknąłem oczy i zacząłem głęboko oddychać. Każdy wdech był mostem, który prowadził mnie w stronę obrazu mojego marzenia, projektu idealnego domu. Najpierw pojawił się mały domek. Prosty jak oddech, a jednocześnie genialny jak pomysł, który rodzi się w ciszy. Mały jak hotelowy pokój Tesli, a zarazem funkcjonalny jak iPhone Steva Jobsa – stworzony z myślą o wolności, nie o posiadaniu. Miejsce, gdzie minimalizm staje się sztuką, a życie odzyskuje naturalny rytm.

Domek był początkiem, ale wizja rosła z każdym oddechem. Zobaczyłem boski ogród, wspomnienie podróży do Persji z Aleksandrem. Widziałem, że dom musi oddychać razem z naturą, a sprzątanie nie może zajmować więcej niż dziesięć minut – bo życie jest zbyt cenne, by marnować je na kurz, a potem pojawiła się przestrzeń większa niż dom. Plaża jak z festiwalu nad rzeką Regą. Hamaki i leżaki i basen. Kopułowe namioty pełne muzyki i tańca oraz serce z Turkusowej Wyspy – ogród permakulturowy.

Rajski Ogród zatoczył krąg – doskonały, bez murów, bez ogrodzeń. Tylko natura połączona z technologią, która zna swoje miejsce i swoje prawa. Tak, aby człowiek żył w ciszy i harmonii.

I wtedy przyszło zrozumienie. To nie książki, nie uniwersytety były moimi nauczycielami. To ciekawość świata, odrobina odwagi i czasem ryzyko otwierały mi bramy do wiedzy, której nie da się znaleźć w bibliotece. Największą nauką jest podróż. Największą mądrością – rozmowa w której słuchasz napotkanego podróżnika. Największym darem – doświadczenie świata. Każdy, kogo spotkałem na mojej drodze, czegoś mnie nauczył. Byłem uczniem i nauczycielem w tym samym czasie. Guru są nam zbędni. Wystarczy, że naprawdę posłuchamy siebie nawzajem. Kosmiczne podróże i spotkania z niezwykłymi ludźmi uczyły mnie, że świadomość rośnie w obecności innych.

„Pokaż mi pięciu najbliższych znajomych, a ja pokażę Ci, kim jesteś” – mówi stare przysłowie. Moja kosmiczna drużyna jest odbiciem marzeń, które noszę w sercu. Rajski Ogród to nie tylko projekt. To symbol wolności, minimalizmu i harmonii. To modlitwa człowieka, który uwierzył, że prostota to najwyższa forma luksusu.