Budząc się w hamaku po mojej kosmicznej podróży, usłyszałem głos kochanej Ewy, mojej mamy:
— Chłopaku, może byś w końcu posprzątał ten swój bałagan w pokoju! Przecież tak nie może być!
Co za synchroniczność! I choć z moją mamą żyjemy w dwóch kompletnie różnych światach, tu muszę jej przyznać rację. Porządek to podstawa! Kiedy nie wiesz, co zrobić? Wynieś śmieci! Zasada Wszechświata nr 1.

Zresztą, kiedy dwie boskie kobiety mówią, że „porządek należy zacząć od siebie”, to nie ma dyskusji.
Uwielbiam minimalizm – mój ziemski bałagan udało mi się sprowadzić do tego, że całe życie mogę spakować w jedną torbę w piętnaście minut, bo kiedy masz posprzątany pokój, masz również spokój w głowie. A wiecie, co to daje? Wolność.
Z tym wiąże się jeszcze jeden pozytywny aspekt: kiedy żyjesz w porządku, widzisz, kto w Twoje życie wprowadza bałagan. I w takim wypadku również polecam kosz na śmieci, ale o tym… będzie kolejna historia!
Kiedy zacząłem sprzątać swój pokój, usłyszałem wewnętrzny głos:
„Hej! Jest jedno takie miejsce, którego nikt jeszcze nie ogarnął, nawet Herkules. Tam musi kryć się jakiś sekret…”
Pomyślałem oczywiście o Stajni Augiasza! Postanowiłem podążyć za tą tajemniczą wskazówką, bo wiecie, ja zawsze wszystko robię po swojemu. Wskoczyłem do mojego hamaka, zamknąłem oczy
i wybrałem się w podróż do mitycznej krainy.
Nie minęło wiele czasu, gdy odnalazłem Augiasza. Wszyscy w mieście znali człowieka, który miał najpiękniejsze konie.
Trzeba przyznać, że o konie Augiasz dbał z niezwykłą starannością. Non stop chodził po stajni, klepiąc je po grzbietach i mówiąc do nich z taką czułością, jakby były jego własną rodziną. Kochał je chyba bardziej niż ludzi. Ta pasja była zaraźliwa. Od pierwszej chwili polubiłem Augiasza — jego serdeczność i oddanie robiły wrażenie.
Zaproponowałem, że pomogę mu w stajni, a on od razu się zgodził. Gdy zjawiałem się w stajni z miotłą, nie wiedzieć czemu konie zawsze rżały ze śmiechu… Tydzień po tygodniu ogarniałem ten ogromny bałagan. Po trzech miesiącach wszystko lśniło, a ja byłem dumny z efektów swojej pracy.

Z czasem jednak zacząłem odczuwać, że coś jest nie tak. Augiasz zawsze znajdował kolejne miejsca do sprzątania i nieustannie twierdził, że to ja robię bałagan. Po paru dniach intensywnej obserwacji wiedziałem już kto jest autorem zamieszania. Dlatego, zamiast się złościć, z uśmiechem dziecka zgadzałem się z jego wersją wydarzeń i dalej porządkowałem stajnie… szukając odpowiedzi, co ja tu właściwie robię… Czy aby to ma sens?
Pomagałem jak mogłem. Tak mijały tygodnie, a ja coraz lepiej poznawałem Augiasza i jego konie. Zrozumiałem, że w tej pracy nie chodziło tylko o sprzątanie — to była lekcja cierpliwości i pokory. Sekret Stajni Augiasza okazał się być czymś więcej niż mitycznym bałaganem. To był kawałek mojego świata, w którym zwykłe rzeczy nabierały niezwykłego znaczenia.
Pracując u Augiasza, zrozumiałem, że jeśli chcę wyruszyć w podróż z Aleksandrem Wielkim, rzeczywiście potrzebuję solidnych butów! Wskoczyłem więc do mojego hamaka i odwiedziłem… Billa Bowermana, założyciela Nike!
Wpadłem między regały, lądując na ziemi z wielkim hukiem. Niestety trafiłem do niego trochę za wcześnie, albo właściwie wtedy kiedy byłem tam potrzebny, bo przecież miałem nieść pomoc i dobry vibe.
Bill siedział w magazynie i wyglądał na mocno zrezygnowanego…
— Kim jesteś i co tu robisz? — spojrzał na mnie zdziwiony.
— Jestem Chłopakiem z Hamaka. Kiedyś byłem lekkoatletą jak Ty, ale teraz podróżuję w czasie. Przybyłem Ci pomóc!
Czułem, że potrzebował wsparcia.
— Bill, musisz w siebie uwierzyć. Twoje buty będą nosić najwięksi sportowcy świata, a Twoja marka stanie się symbolem zwycięstwa! Wiem, że jest Ci ciężko, ale potraktuj to jak treningi — krok po kroku. Kochasz to, co robisz, więc działaj dalej. Twoje buty pomogły mi dotrzeć na Mistrzostwa Świata! Gdyby nie Ty, nie byłoby mnie tutaj. Twoje kolce biegowe to dzieło sztuki, mam je do dziś, trzymam je razem z wszystkimi medalami!
Bill uśmiechnął się, jakby rozumiał wszystko bez słów.
— Jak się tu dostałeś?
Wskazałem na hamak, zaplątany między regałami.
-Gdybym Ci opowiedział to byś raczej nie uwierzył ale jestem…
I wtedy zaszeleścił wiatr, zamykając drzwi od magazynu, a światło wpadało jedynie przez niewielkie okno oświetlając hamak. Cień na podłodze ułożył się w coś znajomego… przypominał obecne logo Nike!

Bill spojrzał na to z zachwytem.
— To jest to! Szukamy czegoś, co nas wyróżni!
— Tak, boskie skrzydło — odpowiedziałem z uśmiechem. — Nawet bogowie z Olimpu chcieliby, żebyś to stworzył. Ktoś narysuje Ci to za maks 35 dolarów, a i jest jeszcze jedna rzecz. Kiedy pojawi się u Ciebie Michael, zaopiekujcie się nim najlepiej jak możecie. To jest Wasz anioł i największy globalny sukces. Razem zmienicie świat sportu!
— Just do it! Ja muszę już uciekać, bo zaraz mnie zabiją za spóźnienie do pracy…
Wskoczyłem do hamaka i zniknąłem sprzed oczu Billa.
Otworzyłem drugą linię czasową i znalazłem się w świecie Aleksandra Wielkiego. Był w trakcie swojej wyprawy na wschód, ciężko powiedzieć gdzie — góry i pustynie mieszały się tu z rzekami, które wyglądały jak żyły bijące w sercu ziemi. W namiocie wielkiego wodza moją uwagę od razu przykuł ogromny, okrągły dywan z symbolem jin-jang.

Nie pasował do tego miejsca — surowego, pełnego zbroi, map i wojennych planów. Wyglądał jak portal, jakby ktoś chciał przypomnieć Aleksandrowi, że nawet w chaosie wojny istnieje równowaga. To spotkanie było jak zderzenie dwóch światów.
Aleksander — pełen pasji i determinacji — snuł wizje podbojów, budowy imperium, które miało objąć całą ziemię, ale pod tą fasadą widziałem coś, czego nie zauważali jego generałowie — samotność.
Daleko od domu, otoczony tłumem ludzi, a jednak samotny jak nigdy. Miał w sobie wiedzę, której mi brakowało — strategię, odwagę, nieustępliwość, ale ja miałem coś, czego brakowało jemu — wizję świata, gdzie największym zwycięstwem nie jest podbój, lecz harmonia.
Nasze rozmowy szybko stały się bitwami słownymi. Ja opowiadałem mu o swojej misji — stworzeniu rajskiego ogrodu na ziemi, miejsca bez granic, gdzie człowiek i natura żyją w zgodzie. Aleksander słuchał, ale jego uśmiech był pełen sceptycyzmu.
— Rajski ogród? — powtarzał z ironią. — Mój raj to ziemia zdobyta mieczem.
— A mój — to ziemia, której nie trzeba zdobywać, bo sama otwiera ramiona — odpowiadałem.
W końcu, z nutą wyzwania w głosie, zaproponował:
— Skoro mówisz o tworzeniu, zaprojektuj mój pałac. To będzie Twoja próba.
Zgodziłem się bez zawahania!
Praca nad pałacem trwała miesiące. Tworzyłem projekty pełne światła, wody, ogrodów, ale żaden nie satysfakcjonował Aleksandra.
— Za mało potęgi — mawiał. — Za mało blasku — dodawał, a ja czułem, że im bardziej szuka pałacu doskonałego, tym bardziej tęskni za czymś, czego pałac nigdy mu nie da.
Z czasem rozmowy schodziły na głębsze tematy — sens podbojów, istotę szczęścia, tęsknotę za domem. Aleksander, zwykle pewny siebie, coraz częściej milczał dłużej, niż wypadało królowi.
— Czy naprawdę myślisz, że moje imperium to tylko piasek i kamienie? — zapytał któregoś wieczoru.
— Myślę, że Twoje imperium to przede wszystkim ciężar — odpowiedziałem. — I pytanie, czy chcesz go nieść do końca życia.
W jego oczach pojawiła się iskra mówiąca: może już wystarczy. Pałac okazał się tylko pretekstem. On wcale go nie potrzebował. Potrzebował rozmów, które pozwalają wrócić myślami do domu, nawet jeśli jest się tysiące mil od Macedonii.
On — zdobywca świata.
Ja — marzyciel rajskiego ogrodu.
On — miecz.
Ja — hamak.
A jednak spotkaliśmy się pośrodku, w miejscu, którego nie da się zaznaczyć na żadnej mapie. Każda nasza rozmowa przybliżała nas — nie tylko do siebie, ale i do zrozumienia, czym naprawdę jest dom.
Dla mnie domem stał się ogród, który próbowałem stworzyć w sercu świata. Dla niego — wspomnienie Macedonii, matki, młodości. U jego boku zrozumiałem jedno: nawet największy zdobywca tęskni za miejscem, w którym nie musi nic zdobywać.
Po długich godzinach pracy u Augiasza i niekończących się bataliach słownych z Aleksandrem Wielkim, wracałem do swojego uniwersum. Tam czekała na mnie Pocahontas. To z nią dzieliłem chwile, które zawsze były jak podróże w nieznane.
Oboje kochaliśmy wędrować, odkrywać nowe miejsca, ale jednocześnie cieszyć się małymi rzeczami, które przypominały o prostocie życia. Pocahontas nieustannie podkreślała, jak ważne są — śpiew ptaków o poranku, szelest liści, ciepło ognia, przy którym snuliśmy opowieści.

Nasze plecaki były jak bagaż wspomnień. Pakowaliśmy w nie nie tylko rzeczy, ale też marzenia i plany. Każda podróż była jak rozdział księgi, którą pisaliśmy razem.
I choć te chwile były magiczne, życie miało swoje plany i wyzwania… Pocahontas znała wszystkie zakamarki mojego serca, nawet te kosmiczne. Wiedziała o moich podróżach między światami, o przygodach w krainach Augiasza i Aleksandra, ale nie była z nich zadowolona.
Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy ogniu, spojrzała na mnie poważniej niż zwykle.
— Chłopaku… — zaczęła cicho — martwię się o Ciebie.
— O mnie? — próbowałem obrócić to w żart. — Przecież wróciłem cały, jak zawsze.
— Cały? — jej głos był jak echo w lesie. — Twoje ciało wraca, ale dusza… coraz częściej zostaje tam, w tych światach. Wracasz, ale czuję, że to Cię niszczy.
Nie mogłem nic odpowiedzieć, bo wiedziałem, że ma rację, jej połączenie z naturą sprawiało, że potrafiła mnie przejrzeć na wskroś.
— Kiedy mówisz o Aleksandrze, Twoje oczy błyszczą inaczej — mówiła dalej. — Jakbyś bardziej należał do jego obozu niż do mojego ognia, a kiedy wspominasz Augiasza, opowiadasz z taką dumą, jakbyś sam był gospodarzem tej stajni. Boję się, że gubisz drogę do tego, co najważniejsze — do natury, do nas… do mnie.
Westchnąłem.
— Pocahontas… te podróże są częścią mnie. One uczą mnie rzeczy, których inaczej bym nie zrozumiał.
— Ale czy pamiętasz jeszcze, czego naprawdę uczy Cię natura? — przerwała ostro. — Ona nie potrzebuje podbojów, pałaców ani boskich misji. Natura nie prosi Cię, żebyś ratował świat. Natura chce tylko, żebyś był obecny w Twoim świecie, a Ty coraz częściej wybierasz kosmos zamiast drzew, historie zamiast prawdy, iluzje zamiast życia.
Jej słowa były jak cios. Poczułem, że mówi to samo, co kiedyś już usłyszałem. To samo ostrzeżenie — że uciekam, że błądzę po cudzych światach, zamiast być tu, gdzie naprawdę jestem potrzebny. Tylko że tym razem — próbowałem siebie przekonać — to było coś innego. To nie była ucieczka. To była misja. To były losy świata.
— Wiem, że masz rację — odpowiedziałem cicho. — Może naprawdę powtarzam te same błędy, ale tym razem tu nie chodzi tylko o mnie. Nie mogę tak po prostu zatrzymać się przy ognisku, kiedy czuję, że ode mnie zależy coś więcej.
Pocahontas patrzyła we mnie głęboko. Jej oczy były jak tafla jeziora — spokojne, ale kryjące w sobie przepaść.
— Tylko pamiętaj — wyszeptała — że jeśli zgubisz siebie, to żaden świat nie zostanie ocalony.
Ogień trzaskał między nami, a w jego iskrach widziałem wszystkie swoje podróże — piękne, magiczne, ale też coraz bardziej ryzykowne. To było ostrzeżenie. Wiedziałem, że jeśli nie nauczę się balansować, hamak może ponieść mnie w miejsce, z którego nie ma powrotu.
Mimo tego, że czułem mądrość w słowach Pocahontas, ciekawość była zbyt wielka i ruszyłem w dalszą podróż. Serce biło szybciej, bo wiedziałem, że każdy kolejny krok oddala mnie od niej i natury, ale jednocześnie przybliża do odpowiedzi, których szukałem.
Zgodnie z sugestią boskiej Nike, wybrałem się do pokoju hotelowego nr 3327, w którym mieszkał Nikola Tesla. Gdy tylko otworzył drzwi, poczułem bijącą od niego aurę wielkości — elegancja i intelekt w czystej postaci. Jego oczy błyszczały jak dwie elektryczne iskry, a ruchy były pełne godności. Zachwalał swój pokój, mówiąc, że dzięki niemu nie musi się martwić codziennymi sprawami.
— „Luksus prostoty” — nazwał to z uśmiechem.
Usiedliśmy przy kawie. Słuchałem go i czułem się, jakbym rozmawiał z prawdziwym dżentelmenem — jego umysł wydawał się niemal boski. Opowiedziałem mu o swojej misji. Tesla patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem i rzekł spokojnie:
— „Hmm, chłopaku, mam wrażenie, że już znasz odpowiedź. Przyszedłeś tu tylko po potwierdzenie”.
Zawstydzony, pochyliłem głowę, ale wiedziałem, że mówił prawdę. Zdjąłem z pleców mój okrągły plecak i wyjąłem coś, nad czym pracowałem przez ostatnie miesiące — poduszkę do nauki medytacji, ale nie taką zwykłą. Taką, która uczy, jak medytować w sposób cyfrowy…
— „Zobacz, Nikola” — powiedziałem, podając mu wynalazek. — „Tu, w środku, jest głośnik, a specjalna pianka przenosi wibracje. Chciałem stworzyć coś, co nie tylko ułatwi ludziom zwolnienie tempa i nauczy ich medytacji, ale także stanie się narzędziem łączącym światy. Wyobraź sobie cyfrową świątynię — ponad podziałami, w której każdy umysł znajdzie spokój,
a wszystko to w prostej formie. No i chciałem przekazać to, o czym zawsze mówiłeś…”
Przywołałem jego własne słowa:
— „Jeśli chcesz zrozumieć Wszechświat, zacznij myśleć w kategoriach energii, częstotliwości i wibracji.”

Tesla uśmiechnął się lekko, jakby sprawdzał, czy naprawdę zrozumiałem sedno. Spojrzał
z zaciekawieniem, wziął urządzenie do rąk i przetestował. Po chwili ciszy rzekł:
— „Chłopaku, to jest genialne w prostocie, ale musisz być sprytniejszy ode mnie. W dzisiejszym świecie nie wystarczy stworzyć coś wyjątkowego — trzeba też umieć to sprzedać. Marketing to potęga. Ja nigdy tego nie lubiłem, dlatego ludzie tak często mnie wykorzystywali.”
Poczułem, że ma rację. Dostałem właśnie radę od największego geniusza wszech czasów, niby prostą, ale jakże prawdziwą. Wtedy zrozumiałem, że teraz muszę odwiedzić jeszcze jednego mistrza — Steva Jobsa. Bo kto jak kto, ale on znał się na marketingu jak nikt inny.
— „Dzięki Tobie wiem, że idę w dobrą stronę” — powiedziałem, żegnając się z Teslą. On skinął tylko głową, jakby wiedział, że nasze spotkanie było konieczne. Wróciłem do swojego hamaka i zniknąłem niczym rozbłysk światła.
Siedząc w hamaku, pomyślałem jeszcze tylko: Steve i koniec z podróżami… Skoczyłem na hamak z myślą: Jobs help me! No i znowu wtopa. Lądowanie? Tym razem w garażu — tym samym, od którego wszystko się zaczęło. Zapach metalu, rozgrzanych kabli i taniej kawy unosił się w powietrzu. W rogu błyszczały części komputerów, a na stole leżała kartka z pierwszym, pokreślonym logo Apple.
Wozniak na mój widok pobladł jak ściana i… zemdlał. Steve natomiast spojrzał na mnie z miną, jakbym spadł z Księżyca.
— Kim jesteś?!
Zdjąłem swoje pomarańczowe lenonki i z powagą odparłem:
— Chłopakiem z hamaka.
— Co Ty tu robisz? — zapytał podejrzliwie, krzyżując ręce.
Rozejrzałem się dookoła. Trochę kręciło mi się jeszcze w głowie po podróży… ale już wiedziałem, gdzie jestem. Już tu byłem — to ten sam loop.
— Przybyłem Wam pomóc — wszedłem w rolę. — Widzę, że sprzęt macie już gotowy, ale z brandingiem… no słabo, co chłopaki?
Steve zmrużył oczy:
— Coś mi się wydaje, że ty chyba jesteś z przyszłości?
— Tak — rzucił z uśmiechem.
— A skąd wiesz, że podróżuję?
Steve wzruszył ramionami.
— Coś mi się obiło o uszy o programie Orange 62. Poza tym… twoja bluza cię zdradziła. Takie rzeczy noszą tylko ludzie, którzy już wiedzą, dokąd zmierzają…
Bez słowa wyciągnąłem z kieszeni nowiutkiego iPhone’a .
— To Twoje dzieło, Steve. Cały świat między dwoma palcami. Komputer w dłoni! Dasz wiarę?
Steve wziął telefon do ręki, obracał go powoli i odparł:
— Rozmawiając z Lucy mniej więcej tak to sobie wyobrażałem…
— I dobrze — odpowiedziałem — bo już to masz. Tylko Ty potrafisz tak marzyć, żeby to marzenie stało się rzeczywistością, ale jeśli chodzi o logo…
Sięgnąłem po jabłko, które miałem w plecaku. Ugryzłem kawałek i postawiłem je na biurku.
— Minimalizm, Steve. Newton pod jabłonią jest ok, ale mniej znaczy więcej… Zobacz to: nadgryzione rajskie jabłko.
Steve złożył ręce, jak to miał w zwyczaju i długo patrzył na owoc.
— To jest to… proste i wyrafinowane. To nie tylko logo, to manifest. Nadgryzione jabłko. To jest wiedza. To jest zakazany owoc. To jest bunt. To mówi: myśl inaczej. Wszyscy robią skomplikowane znaczki, a my damy światu coś tak czystego, że dziecko rozpozna to w sekundę. I wiesz co? Ludzie tego zapragną, bo prostota to najwyższa forma wyrafinowania.
— W tęczowych kolorach — dodałem — żeby nikt nie miał wątpliwości, o co nam chodzi…

Uśmiechnęliśmy się jednocześnie, bo obaj wiedzieliśmy, że myślimy o tym samym. Steve uwielbiał zagadki i ukryte znaczenia.
— A wiesz co? — dorzuciłem — gdybym mógł, podpisałbym się na nim. Listek będzie wyglądał jak hamak z góry. Co Ty na to?
Steve wybuchnął śmiechem.
— Jesteś zabawny, chłopaku. Wchodzę w to, ale czy ktoś mi uwierzy w taką historię?
— A kto uwierzy mnie? — odpowiedziałem.
Wskoczyłem do hamaka i tak szybko, jak się pojawiłem, tak szybko zniknąłem, zostawiając Steve’a z nowym logo Apple i z myślą, że przyszłość właśnie się zaczyna.
To miała być moja ostatnia podróż. Moje kosmiczne wyprawy zaczęły mi coraz bardziej ciążyć. Każda nowa przygoda była ekscytująca, ale równocześnie coraz mocniej oddalała mnie od tego, co bezpieczne i bliskie. Czułem, że balansuję na granicy światów, ale nie znałem jeszcze wtedy wszystkich praw kosmosu…
Pewnego dnia, gdy odwiedziłem Pocahontas, nie zastałem jej w domu. Cisza była inna niż zwykle — nie było śmiechu, nie było śpiewu ptaków, które zawsze siadały na jej dłoni. Zamiast niej czekał na mnie list.
Rozwinąłem kartkę drżącymi dłońmi.
„Chłopaku, wierzę w Ciebie, ale nasze światy zmierzają w innym kierunku. Na pożegnanie zostawiam Ci dwa splecione indiańskie bębenki, które mają symbolizować naszą wędrówkę dusz. To ja i Ty — zawsze razem, ale gdybyś kiedykolwiek się zgubił, pamiętaj — naszyjnik, który Ci dałam, zawsze pozwoli na powrót do domu. Cóż mogę rzec? Taka już moja natura — zawsze gonię za wiatrem. Jestem Pocahontas!”
Słowa z listu ukuły mnie w serce. Wiedziałem, co się właśnie wydarzyło. Bo widzicie… każdy superbohater musi w pewnym momencie stracić kogoś, na kim mu naprawdę zależy. To katalizator do zmiany. Moment, w którym trzeba spojrzeć na życie z innej perspektywy.
Pocahontas była dla mnie kimś więcej niż tylko towarzyszką wędrówek. Była moim drogowskazem, moim domem. Ciepłym promieniem światła w chłodnych przestrzeniach tego jakże dziwnego świata.
Tak jak Spider-Man miał swoją Jane, ja miałem ją — indiańską dziewczynę! Na szczęście w mojej historii nikt nie ginie. Może trochę powyłem jak wilk do księżyca — samotny, zagubiony, z sercem ciężkim jak kamień — ale wiedziałem, że strata, choć bolesna, nie oznacza końca historii.
Pocahontas była duchem wolności — zawsze goniąca za wiatrem, niezależna i wierna swojej naturze. Legenda głosi, że w letnie wieczory można ją spotkać gdzieś nad rzeką, między światami, biegnącą za podmuchem wiatru i odnajdującą się na nowo w lesie. Jej ślady nie są łatwe do odnalezienia, ale ci, którzy słuchają szumu drzew i pieśni ptaków, mogą poczuć jej obecność. Być może kiedyś jeszcze będzie nam dane się spotkać.
Kto to wie…?
Możecie wierzyć lub nie, lecz kiedy moje życie przestawało przypominać bajkę, wokół zaczynały dziać się dziwne rzeczy. Świat tracił barwy, jakby ktoś zgasił światło, a ja sam zapadałem się głęboko, stając się więźniem własnych myśli.
Kiedy czułem szczęście, roztaczałem je wokół siebie, dbając o dobry nastrój innych i zarażając uśmiechem. Jednak gdy mój blask ginął, wybierałem samotność. Uciekałem jak pustelnik w głąb ciszy, by tam z dala od ludzi odzyskać równowagę i na nowo odnaleźć samego siebie.
Pomimo uśmiechu, zawsze nosiłem w sobie cień samotności. Moją piętą achillesową było porzucenie – najczulszy punkt, który potrafił mnie złamać jednym dotknięciem. Nie pamiętałem skąd się wzięło. I właśnie w to miejsce zostałem ugodzony po raz kolejny.
Następne tygodnie spędzałem w stajni Augiasza, pracując bez celu. Byłem w ciągłym ruchu, ale serce pozostawało bezradne wobec chaosu myśli.
Aż pewnego dnia wydarzyło się coś niezwykłego. Jakby ziemia ustąpiła pod ciężarem mojego gniewu i odsłoniła ukryte przejście – piwnicę, której nawet Herkules nigdy nie dostrzegł. Stajnia miała swój mroczny podziemny labirynt, który gromadził bałagan całego wszechświata…
Tam, w tej ciemności, odkryłem cień drzemiący we mnie samym. Praca w piwnicy była niczym przeprawa przez ciemną dolinę – momentami przerażająca, innym razem do granic sił wyczerpująca. To wtedy słowa Pocahontas, wypowiedziane niegdyś lekko, zaczęły nabierać ciężaru i stawać się rzeczywistością. Wszystko stawiało opór. Życie zamieniło się w bezkresny ocean burz, przez który musiałem płynąć samotnie, nie wiedząc, czy dopłynę na drugi brzeg.

Każdy dzień zdawał się taki sam, jak pętla bez końca. Każdy krok wymagał odwagi, by spojrzeć w twarz demonom, które krył dotąd przed światem. Lecz w tej ciemności, między szeptami lęku, zaczęło migotać małe światło.
Zrozumiałem, że czasami trzeba zejść pod ziemię i posiedzieć w mroku, aby wreszcie dostrzec swoją ciemną stronę. Może ta piwnica wcale nie była miejscem potępienia, lecz przestrzenią, w której można stanąć oko w oko z tym, co przez lata próbowało się ukryć. Bo życie nie zawsze jest bajką, ale to właśnie w trudnych chwilach odkrywamy najwięcej – o sobie, o innych
i o sile, która potrafi rozświetlić nawet najciemniejsze zakamarki duszy.
Kiedy miałem już wszystkiego dość, coś wewnątrz mnie szepnęło:
„Odwiedź Aleksandra Wielkiego”.
Idąc za głosem intuicji. Tak też zrobiłem. Wpadłem do jego obozu i wyznałem mu swoje bóle. Siedziałem cicho, skulony, jak zbity pies. On zaś przebywał w Persji – otoczony wojownikami, złotem i mapami kolejnych podbojów. I właśnie tam, wśród pyłu i namiotów, tym razem wielki wódz stał się moim terapeutą.
– Chłopaku – rzekł – nie dręcz się. To tylko mała emocjonalna bitwa, a takich jeszcze wiele przyjdzie Ci stoczyć. Myśl o tym, co możesz zyskać, a nie o tym, co utraciłeś. Nie ważne, ile ciosów zbierzesz – ważne jest tylko to, czy potrafisz iść dalej! Zapamiętaj dwie rzeczy. Nigdy nie uciekaj. I zawsze bądź szczery wobec siebie. To wystarczy, by ponownie znaleźć swoją drogę.
Wtedy zrozumiałem, że nawet Aleksander cierpiał. Ciążyła na nim ogromna odpowiedzialność – za ludzi, za swoje imperium, za przyszłość. Nabrałem do niego szacunku, pomimo że nasze wartości różniły się jak ogień i woda.
– Mam pomysł – powiedział nagle, a w jego oczach zapalił się blask. – Pokażę Ci coś. Widziałeś kiedyś perskie ogrody?
Pokręciłem głową.
– A jeździłeś na słoniu?
Uśmiechnąłem się, mówiąc, że również nie.
– Więc musisz tego doświadczyć!
I tak ruszyliśmy. Aleksander potrafił jednocześnie rozbawić mnie do łez i prowadzić w miejsca, gdzie czas przestawał istnieć. Wpadliśmy w wir przygód, a ta perska wyprawa była jedną z najpiękniejszych.
Zrozumiałem wtedy, że łączy nas jeden wspólny mianownik – nieustanna pogoń za marzeniami. Nie chodziło o pieniądze ani o sławę, lecz o czystą przygodę, o ten niepowtarzalny smak życia, który pali w żyłach mocniej niż wino.

Kiedy dotarliśmy do ogrodów, ich piękno onieśmieliło mnie jak dziecko. Kanały wody lśniły w słońcu, a wonne drzewa i kwiaty splatały się w obrazy nie z tego świata. Aleksander spojrzał na mnie i powiedział:
– Podobno chcesz stworzyć rajski ogród. Musisz zobaczyć ten, by pojąć, co to znaczy przebywać w raju.
Kiedy zamykam oczy te obrazy wracają – żywe jak sny, które nie chcą odejść. Nie opowiem wszystkiego, co wydarzyło się w Persji. Powiem tylko jedno: ta podróż przywróciła mi wiarę w siebie. Obecność Aleksandra, jego energia i niezłomny duch postawiły mnie na nogi.
Zrozumiałem wtedy, że nawet największy wódz miewa chwile zwątpienia. Różnica polega jedynie na tym, że Aleksander nigdy nie przestawał iść przed siebie…