Rozdział 3 – Kosmiczny filozof

Kino stało się miejscem, w którym czuliśmy się jak u siebie. Sala kinowa pachniała popcornem i czerwonym pluszem foteli. W powietrzu unosiła się ta charakterystyczna mieszanka: ekscytacja, ciepło i magia, która zaczynała się wraz z pierwszym migotaniem projektora. Każda premiera była nasza. To było coś, co nas połączyło – piękny, kolorowy świat, dobry humor, głęboki przekaz i historie o superbohaterach. Dzięki niemu zacząłem coraz głębiej i głębiej widzieć świat oczami dziecka.

To był nasz czas, kiedy rzeczywistość zamieniała się w wielką przygodę na ekranie. Pewnego razu, po seansie, gdy wracaliśmy do domu, Mały Książę spytał mnie bezpośrednio i przenikliwie:
– Czy myślisz, że życie może wyglądać jak film o superbohaterach, czy zawsze jest takie szare jak ulice naszego miasta?


Chodnik lśnił od deszczu, latarnie rzucały żółte plamy światła, a w jego pytaniu czułem jakby podszytą nutę smutku – jakby czuł moją pustkę… ale w mojej głowie non stop leciał tylko jeden film… ten z zielonym kodem, który spadał w dół, a ja w pogoni za białym króliczkiem. Rok w rok to samo. Te same historie, te same błędne pętle i żadnego gościa, który miałby mnie przebudzić
z tego snu. Czułem, że muszę coś zmienić, ale nie wiedziałem jak. W mojej głowie była jedna wielka czarna dziura… Z jednej strony miałem wszystko: nowe mieszkanie, piękny samochód, drogie włoskie ciuchy – życie jak z okładki magazynu, ale w środku? Czułem się, jakby ktoś odpalił tryb autodestrukcji mojej duszy.

Czasem lubiłem chodzić na samotne spacery do parku, powodowały, że czułem się nieco spokojniej. Pewnego wieczoru usiadłem jak zwykle na mojej ławce. W głowie pełno czarnych myśli. Nie widziałem żadnego rozsądnego wyjścia. Czułem, że ludzie wokół ciągną mnie w jakieś bagno, a ja? No cóż, zero superbohaterów na horyzoncie. Zero ratunku.

Wtedy zrobiłem coś niesamowitego. Zawarłem kontrakt ze… wszechświatem! Spojrzałem w gwieździste niebo i wypowiedziałem magiczne zaklęcie:
– „Wszechświecie, potrzebuję pomocy, jeśli ją otrzymam, również będę pomagał innym.”
Taki trochę magiczny deal – możecie spróbować! Nie sądziłem, że to zadziała tak szybko. Odpowiedź pojawiła się natychmiastowo. Na niebie pojawiło się światło, które zaczęło mnie prowadzić w stronę pobliskiego osiedla. To było dziwne, ale intuicyjnie czułem, że mam za nim podążać. Dotarłem do Awakening Chamber – bardzo tajemniczego miejsca. Witryna w kształcie koła wyglądała jak portal. Na szybie piękny fioletowy kwiat lotosu, a z wnętrza biło oświetlenie, które aż krzyczało: „Wejdź do środka, tutaj jest to, czego szukasz”. Przed wejściem natknąłem się na jakiegoś hipisa z uśmiechem na twarzy, który mówi do mnie:
– Hej chłopaku, to miejsce jest jak „One way ticket”. Nie wyjdziesz już taki sam.

Trochę się wtedy wystraszyłem. Gość był dziwny — jakby ostrzeżenie. Ale ja zawsze lubiłem pakować się tam, gdzie było coś do odkrycia. Z reguły na początku wyglądało to jak problemy, a dopiero później okazywało się, że stała za tym wiedza. Taka, której nie dało się zdobyć inaczej niż lekko naginając zasady.

Wszedłem do środka. Zapach kadzideł uderzył mnie od progu — mieszanka białej szałwii i palo santo. I on — Adam Watts — siedział przy biurku zawalonym notatkami, z kubkiem parującej herbaty w dłoni. Za nim na ścianie wisiała ogromna mandala, a z głośników sączyła się spokojna, orientalna muzyka. Moją uwagę od razu przykuła wielka pomarańczowa pufa.

Spojrzał na mnie uważnie – w sposób, który w sekundę zdejmuje wszystkie maski.
– No to powiedz mi, chłopaku – zaczął – co byś robił, gdyby pieniądze nie miały żadnego znaczenia?
To pytanie mnie zaskoczyło.
– Nigdy się nad tym poważnie nie zastanawiałem… – odpowiedziałem. – Chyba bym podróżował, a może bawił się klockami Lego – zażartowałem.
Adam się uśmiechnął.

– Widzisz, to jest klucz. Cały świat to jedna wielka energia. Wszystko, co nas otacza, jest jak yin i yang – raz się włącza, raz wyłącza. Raz widzisz, raz nie widzisz. Raz jesteś na górze, raz pod ziemią. Problem w tym, że większość ludzi utknęła i nie do końca wie, gdzie ich miejsce. Przesunął kubek na bok, nachylił się do mnie i mówił dalej:
– Świat, w którym żyjemy, jest dziwnie skonstruowany. Masz pracować wystarczająco długo, żeby dostać pieniądze, które pozwolą Ci na chwilę robić to, co lubisz. Czy to nie brzmi… absurdalnie?
Pokręciłem głową.
– No właśnie, ale wiesz, że można to obejść?
– Jak? – zapytałem ostrożnie.
– Przykład. Weźmy kierowcę autobusu. Jeśli traktuje swoją pracę jak męczarnię – ciągle patrzy na zegarek, denerwuje się na korki, na ludzi – to robi sobie piekło na ziemi, ale jeśli zacznie patrzeć na to inaczej… jak na subtelną grę. Płynne manewry po mieście, rytm zatrzymywania się i ruszania, obserwacja ludzi wsiadających i wysiadających… może poczuć te same emocje, które Ty odczuwałeś, bawiąc się klockami.
Zrobiłem wielkie oczy.
– Chcesz mi powiedzieć, że można czuć radość nawet robiąc coś, co wydaje się nudne?
– Dokładnie. Chodzi o to, żeby traktować wszystko jak zabawę. Wtedy energia krąży inaczej. Wtedy dzień kończysz z uśmiechem, a nie z wyczerpaniem.
Patrzyłem na niego i nagle przypomniałem sobie te chwile z dzieciństwa, gdy biegałem po boisku tylko dla frajdy, zanim pojawiły się rankingi, presja i niekończąca pogoń za wynikami. To rzeczywiście było… czyste.

Adam uśmiechnął się tak, jakby czytał mi w myślach.
– No dobrze, wystarczy tej filozofii – powiedział w końcu, wstając od biurka. – Pewnie przyszedłeś tutaj po coś jeszcze. Zapraszam Cię na floating. Chyba po to tu trafiłeś, prawda?
Skinąłem głową. Nie wiedząc, czym jest floating, ale nie chciałem wyjść na głupka. Adam spojrzał na mnie i jakby po raz kolejny czytał moje myśli.
– Ty chyba jednak nie wiesz, czym jest floating? – uśmiechnął się. – Ok, siadaj na tej pomarańczowej pufie, wszystko Ci wytłumaczę.
Usiadłem. Pufa była tak miękka, że od razu się w nią zapadłem. Poczułem, jak napięcie z ramion zaczyna puszczać.
– Widzisz? – uśmiechnął się Adam. – Chyba tak jest Ci lepiej, ale wciąż jesteś cały spięty. Czuję to. Tak, jakby Twoje ciało było tutaj, a Ty… w innym wymiarze.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
– Po to właśnie tu trafiłeś – ciągnął. – Żeby wrócić do siebie…
Usiadł naprzeciwko, założył nogę na nogę, splótł dłonie.
– Posłuchaj. Floating to nie jest zwykła kąpiel. To podróż. Wskakujesz do kapsuły z wodą nasyconą solą tak bardzo, że ciało samo unosi się na powierzchni, jakbyś lewitował. W kabinie jest absolutna ciemność. Brak dźwięku, brak bodźców. Zostajesz tylko Ty…i Twoje myśli.


Zrobiłem niepewną minę.
– Seans trwa półtorej godziny – mówił dalej – ale prędzej czy później myśli zaczynają zwalniać, a potem dzieje się coś… dziwnego. Twoje ciało całkowicie się rozluźnia, a umysł staje się czysty. Wchodzisz w stan theta, czyli czujesz się jakbyś medytował. Niektórzy nawet zasypiają – i budzą się pod koniec seansu, gdy usłyszą muzykę.
Parsknąłem śmiechem.
– Ja? Chłopak, który nie może usiedzieć w miejscu 5 minut, mam medytować leżąc w wodzie przez 1,5 godziny. Chyba sobie ze mnie żartujesz?
Adam uśmiechnął się szeroko.
– Nie żartuję. Po prostu spróbuj, a po seansie powiesz mi, jak było…
Wszedłem do pomieszczenia z kapsułą. Wziąłem prysznic, rozebrałem się i zanurzyłem w wodzie. Drzwi zamknęły się cicho, zgasło światło. Panowała totalna ciemność. Poczułem, jak moje ciało unosi się bez wysiłku. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem, to było niezwykłe uczucie.

Na początku w mojej głowie myśli goniły się jak dwie białe myszki, które nie wiedzą, dokąd biegną, ale potem coś zaczęło się zmieniać. Usłyszałem bicie swojego serca. Powoli, jakby z każdym uderzeniem czas zwalniał. Myśli stawały się coraz cichsze. W pewnym momencie miałem wrażenie, że… mnie nie ma. Było tylko bicie serca, a potem – nic. Nie wiedząc kiedy, usłyszałem delikatną muzykę oznaczającą koniec seansu. Półtorej godziny minęło jak chwila…

Wyszedłem z kabiny. Moje ciało było lekkie. W głowie – cisza. Pierwszy raz od… nie pamiętam kiedy… Wziąłem prysznic. Ubrałem się i wróciłem do Adama. Spojrzał na mnie z uśmiechem.
– I jak było, chłopaku?
– Dziwnie… ale zarazem niesamowicie – odpowiedziałem. – Jakbym zniknął, a teraz czuję się lekko jak piórko.
– Nie chcesz już nigdzie biec? – zapytał.
– Właściwie… chciałbym wrócić na tę pomarańczową pufę.
Adam roześmiał się.
– Teraz rozumiesz, czemu nie mam tu krzeseł.
Usiadłem z powrotem i zacząłem się śmiać, a on patrzył na mnie spokojnie, jakby chciał się upewnić, że zrozumiałem coś ważnego.
– Ty całe życie biegłeś, prawda? – zapytał.
– Tak. I byłem w tym dobry, ale… mam już dość. Tylko że nie potrafię się zatrzymać.
– Jeśli chcesz wrócić do siebie – powiedział powoli – powinieneś zmienić kierunek. Nauczyć się być, a nie biec. Być wolnym, rozumiesz, co mam na myśli? Floating to jeden z klocków, które Ci w tym pomogą, ale są też inne. I pokażę Ci je, kiedy przyjdzie czas.
Zamilkł na chwilę, a potem dodał:
– Na dziś masz zadanie. Chcę, żebyś odpowiedział sobie na dwa pytania: czym dla Ciebie jest sukces… i co jest według Ciebie najważniejsze w życiu. Kiedy się spotkamy, chcę usłyszeć twoją odpowiedź.
Pomyślałem: „Proste pytanie. Dam radę.”
Umówiłem się na kolejną sesję floatingu i pożegnałem się z Adamem.

Zostałem sam. Po raz pierwszy od dawna w mojej głowie panowała cisza. Jakby ktoś zabrał wszystkie te pędzące myśli. Cały czas myślałem tylko o rozmowie, która przed chwilą miała miejsce.

Adam wydawał się jak z innej planety, ale mnie zawsze fascynowało odkrywanie światów, których nie znam, a intuicja podpowiadała mi, że jeśli chcę zaprojektować swój idealny dom, to właśnie tu powinienem szukać wiedzy. Jakby tu był ukryty niewidzialny klucz.