Szybko zaprzyjaźniłem się z Adamem Wattsem, a on – ku mojemu zaskoczeniu – również polubił moją postać. Mówił mi, że widzi we mnie potencjał, tylko trzeba go trochę oszlifować. Częścią mojej terapii stało się… NICNIEROBIENIE!
O ironio! Ja – chłopak, który całe życie gonił za kolejnym sukcesem – mam leżeć nieruchomo w basenie z wodą i solą, żeby odzyskać spokój? Co za kara dla dopaminowego chłopaka! Jednak to działało. Każda sesja floatingu była jak rozmowa z Da Vincim – kosmiczne kody wszechświata spływały na mnie, a ja stawałem się spokojny jak mnich. Rozmowy z Adamem były jak portal do innego wymiaru – odkrywałem siebie na nowo, a świat wokół mnie nabierał kolorów. Nagle wszystko miało inne znaczenie, jakby ukryte symbole stawały się widoczne.

Po floatingu Adam często zabierał mnie do parku. Rozwieszał tam dwa hamaki między starymi kasztanami, których grube pnie pamiętały pewnie jeszcze czasy, gdy miasto wyglądało zupełnie inaczej. Siadaliśmy w ciszy – czasem godzinę, czasem dwie. Szum liści mieszał się ze śpiewem ptaków, a powietrze pachniało wilgotną ziemią i świeżą trawą. Adam miał do mnie niesamowicie dużo cierpliwości. Przekonać mnie, żebym nie robił nic? – Niemożliwe, a jednak… jemu się udało.
Floating zaczął działać. Nasze dwa światy zaczęły się przeplatać… To było coś magicznego! Zaczynałem coraz bardziej rozumieć, o co chodziło Adamowi – kontemplacja w naturze to najlepsze lekarstwo na moje dopaminowe życie. Pierwszy raz byłem tak szczęśliwy i spokojny, nie goniąc! Miałem tyle czasu! …bo widzicie, ten świat działa na odwrót. Masz go dużo więcej, kiedy jesteś zrelaksowany. Mój świat materialnych wartości i chęci udowadniania, że jestem najlepszy, zaczął ustępować miejsca nowemu przekonaniu: że ważniejsze od posiadania dużych pieniędzy i sławy jest to, jaką wartość wnosimy w rzeczywistość.
Pewnego popołudnia, gdy leżeliśmy w hamakach, Adam spojrzał w koronę drzew i powiedział:
— Widzisz te liście? — zapytał, mrużąc oczy.
— Widzę — odpowiedziałem.
— Każdy z nich porusza się swoim tempem, ale wszystkie razem tworzą taniec. Nie przyspieszysz go, nie zmienisz rytmu wiatru. Tak samo jest z życiem. Możesz próbować je konsumować, pożerać dzień po dniu, ale wtedy nie zauważysz, że to, czego szukasz, jest tuż obok. Życie trzeba smakować.
Milczałem, a on ciągnął dalej:
— Smakować to znaczy zatrzymać się i poczuć – jak pachnie powietrze po deszczu, jak słońce ogrzewa policzek, jak dłonie stają się cieplejsze, gdy trzymasz kubek herbaty. Ludzie pędzą, bo myślą, że w końcu dogonią szczęście, a ono nie ucieka — ono stoi w miejscu.
— Ale jak to? — zapytałem. — Całe życie mnie uczono, że trzeba działać, walczyć, zdobywać…
— Bo łatwiej sprzedać Ci ideę biegu niż spokoju — uśmiechnął się Adam. — W biegu kupujesz więcej, chcesz więcej, boisz się, że coś stracisz, a w spokoju odkrywasz, że już masz wszystko, czego potrzebujesz.
To powiedz mi, czym jest teraz dla Ciebie sukces? Co w życiu jest ważne, pęd czy może jednak bycie wolnym?
Leżeliśmy w ciszy, słuchając śpiewu ptaków. I wtedy dotarło do mnie: ten świat naprawdę działa na odwrót. Im mniej próbujesz go kontrolować, tym więcej on ci daje.
Pamiętam, że kiedyś o tym myślałem, ale uważałem to za zbyt szalone, by mogło być prawdziwe. Nigdy z nikim o tym nie rozmawiałem, a teraz ktoś wypowiedział to głośno.
Zapadła cisza. Ciepły wiatr poruszył liśćmi nad nami. Patrzyłem na drzewa, gdzie światło słońca przebijało się przez gałęzie, tworząc złote plamy na mojej twarzy.
W oddali widziałem dwa światy jednocześnie: na skraju parku, w tle, samochody stały w korku, ludzie z telefonami w dłoniach przepychali się do przejścia. Wszystko tam pulsowało w pośpiechu, a tu, tuż obok, trawa kładła się łagodnie pod podmuchami wiatru, pszczoła zatrzymała się na chwilę na żółtym kwiecie, a woda w pobliskim stawie odbijała błękit nieba, drgając delikatnie, jakby oddychała.

Poczułem, jak te dwa światy istnieją równolegle i że to ode mnie zależy, w którym chcę żyć.
Adam lekko się uśmiechnął, jakby czytał w moich myślach.
— Widzisz? — szepnął. — Ten drugi świat zawsze tu był. Wystarczyło się zatrzymać.
Zamknąłem oczy i słyszałem tylko śpiew ptaków oraz szum drzew. Czułem, że jest mi lekko. To było dziwne uczucie – jakby coś odkrywczego, a jednak tak proste.
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że kolejnym krokiemw tej podróży będzie nauka oddychania, rozciągania i świadomego poruszania ciałem. Myślałem, że nic mnie nie zaskoczy – przecież jestem sportowcem…
Adam powiedział tylko:
— Skoro nauczyłeś się smakować chwile, czas, byś nauczył się smakować każdy ruch…
Tak zaczęła się moja przygoda z jogą.