Rozdział 6 – Oczyszczenie

Po raz kolejny usiadłem na pomarańczowej pufie u Adama i przez chwilę miałem wrażenie, że ziemia usuwa mi się spod nóg. Miałem gorszy dzień. Czułem się jak podróżny, który przespał swój pociąg — zostałem na peronie, a wszystko, co znałem, już odjechało.

Adam patrzył na mnie spokojnie.
— Widzę, że coś Cię trapi. Co to takiego?

Zawahałem się, ale w końcu wyszeptałem:
— To, co dorośli nazywają lekarstwem… Niby koi,
a potem powoduje, że czuję się jeszcze gorzej…

Adam skinął głową, jakby słyszał to już setki razy.
— W takim razie czas na oczyszczenie. Mamy na to rozwiązanie… Pytanie, czy jesteś gotowy?

Te słowa nie były ani radą, ani obietnicą. Brzmiały jak wezwanie, którego nie da się zignorować.

Nie stało się to od razu. Minęło kilka dni, w których wahałem się i krążyłem wokół własnych myśli jak zwierz uwięziony w klatce. Rano budziłem się
z poczuciem ulgi, że podjąłem decyzję. Wieczorem wracał lęk: „A jeśli to tylko kolejna iluzja? Może próbuję się oszukać, że istnieje droga na skróty?”. Wiedziałem jednak, że nie mogę już wrócić do starego życia. Chciałem sprawdzić, co kryje się po drugiej stronie strachu.

W końcu nadszedł ten wieczór — Adam odebrał mnie spod mieszkania. Jechaliśmy najpierw przez miasto, a neonowe światła wyglądały inaczej niż zwykle — zimne, sztuczne, jakby ktoś nagle zdjął z nich filtr. Mijaliśmy bary pełne śmiechu i brzęku szkła. Jeszcze niedawno sam bym tam siedział. Teraz patrzyłem na to jak na teatr lalek, w którym ktoś pociąga za sznurki.

Za rogatkami miasta asfalt ustąpił miejsca żwirowej drodze. Wjechaliśmy w las. Drzewa tworzyły mroczny korytarz, ich konary nachylały się nade mną, jakby sprawdzały, czy mam w sobie dość odwagi, by iść dalej. Cisza była gęsta, przerywana tylko odgłosem naszych kroków i pohukiwaniem sowy.

W końcu dotarliśmy do małego, drewnianego domku. Stał samotnie na skraju polany, oświetlony jedynie lampą nad wejściem. Światło rzucało ciepły krąg na ziemię, a reszta tonęła w ciemności. Powietrze pachniało żywicą i wilgocią. Poczułem, że próg tego miejsca oddziela zwykłą codzienność od czegoś, co zmieni mnie na zawsze.

Adam spojrzał na mnie.
— Gotowy?

Nie odpowiedziałem. Machnąłem głową — na znak, że wchodzimy. Wziąłem głęboki oddech i przekroczyłem próg.

W środku panowała cisza. Drewniane ściany, zapach ziół i ognia, kilka osób siedzących na matach. Ich twarze były skupione, poważne, jakby wszyscy czekali na coś, czego nie da się nazwać.

Prowadzący — mężczyzna w lnianych spodniach, z prostą, drewnianą bransoletką na nadgarstku — poruszał się powoli, z namysłem. Wyglądał jak szaman z dżungli w Amazonii. Każdy jego gest miał wagę. Przygotowywał przestrzeń: dolewał wody do czarki, układał przedmioty na ziemi, zapalał świece. W ciszy słyszałem trzask drewna w piecu i własny przyspieszony oddech.

Usiadłem, czekałem, co się wydarzy. Czas zwolnił. Czułem, jak napięcie wypełnia mnie coraz mocniej, jakby całe ciało wiedziało, że za chwilę przekroczy granicę. Kiedy prowadzący podszedł do mnie, położył dłoń na moim ramieniu. Jego spojrzenie było spokojne, bez oceny. Poczułem, jakby pytał bez słów: „Czy jesteś gotów, żeby zostawić to, co Cię więzi?”. Skinąłem głową.

Dopiero wtedy przygotował moje ramię. Skóra zapiekła, a ja wiedziałem, że właśnie otwierają się drzwi, których już nie zamknę.

Najpierw przyszło gorąco. Potem fala, która poruszyła wszystko we mnie. Czułem, jak stare warstwy odpadają: iluzje, nawyki, resztki pragnień, które nie były moje. Nie było to komfortowe uczucie, lecz surowa prawda, która nie pozostawia miejsca na ucieczkę. W pewnej chwili zobaczyłem obraz żaby. Nie z krwi i kości, lecz jako symbol, cień świadomości. Jej spojrzenie mówiło wszystko: „Zostaw tutaj swój ciężar”.

Oddałem więc to, co mnie więziło. Oczyszczałem się nie tylko ciałem, ale i duszą, a potem nadeszła cisza. Ogromna, przejrzysta cisza. Jakby ktoś otworzył okna w moim wnętrzu i przewietrzył wszystkie pokoje. Byłem pusty, ale nie w sensie braku — raczej jak czysta przestrzeń gotowa na nowe. Na mojej twarzy pojawiły się łzy, ale były to łzy oczyszczenia i radości.

Adam położył dłoń na moim ramieniu.
— No i? — zapytał cicho.

Otworzyłem oczy i uśmiechnąłem się pierwszy raz od dawna.
— Jakbym wrócił do siebie po długiej podróży.

Od tamtej chwili zapach magicznego trunku przestał być obietnicą. Stał się tylko wspomnieniem. Czar prysł, a ja czułem się tak, jakbym narodził się na nowo.