Rozdział 9 – Wibracje

Wakacje trwały w najlepsze. Po naszym ostatnim wyjeździe wróciłem z głową pełną myśli, ale też
z poczuciem, że coś we mnie znowu zaczyna się zmieniać. Czas płynął wolniej, dni nabrały miękkiego rytmu, jakby ktoś przyciszył świat wokół mnie. I kiedy zaczynałem się zastanawiać, co będzie dalej, Adam wszedł z tym swoim błyskiem w oku, który zawsze oznaczał jedno — nową przygodę.

— Wiesz, zawsze najpierw jest myśl — powiedział, siadając na podłodze z notatnikiem. — Potem przychodzi słowo, którym się dzielimy, a na końcu — uczynek, czyli kreacja. Bez tego ostatniego zostaje tylko marzenie.

Spojrzał na mnie poważnie.
— No i? — spytałem półżartem. — Co tym razem wykreujemy?
Uśmiechnął się szeroko.
— Dwanaście hamaków sensorycznych. Pokażemy je na Festiwalu Wibracje, a potem zobaczymy, co się wydarzy…

Rafał klasnął w dłonie jak dziecko.
— Dokładnie! To idealne miejsce. Ludzie tam będą chłonąć takie doświadczenia całym sobą.

Spojrzałem na nich obu z niedowierzaniem.
— Wy chyba żartujecie. Mam jechać na jakieś pole pełne ludzi i bawić się w hipisów?
Adam roześmiał się głośno.
— Chłopaku, to nie hipisi, to kosmonauci świadomości! Tam ludzie naprawdę potrafią się zatrzymać i poczuć życie.
— A poza tym… — dodał Rafał — hamaki same się nie pokażą…

Budowa hamaków zajęła nam niecały miesiąc. Graliśmy naprawdę zespołowo — jeden projektował, drugi lutował głośniki, trzeci testował. Czasem się sprzeczaliśmy, czasem byliśmy na skraju rezygnacji. Kosztowało nas to trochę stresu i nieprzespanych nocy, ale na dzień przed wyjazdem wszystko było gotowe i spakowane na przyczepie, którą wynająłem. Gdy patrzyliśmy na dwanaście gotowych hamaków, każdy z nas miał w oczach błysk.

Kiedy dojechaliśmy na festiwal, poczułem się jak na innej planecie. Uśmiechy zamiast ponurych twarzy, taniec zamiast pośpiechu. I co najdziwniejsze… wszyscy mnie przytulali. To było dziwne, ale kiedy wrzuciłem na luz, zacząłem czuć klimat tego miejsca. Przy naszym stoisku szybko zebrała się grupka ludzi. Rafał ze swoim dźwiękowym stand-upem robił niezły marketing. Kobieta w kolorowej sukience usiadła w hamaku, zamknęła oczy i zaczęła się delikatnie bujać.

— To niesamowite… — wyszeptała. — Muzyka płynie przez całe moje ciało. Czuję ją nie tylko w uszach, ale na całym ciele…

Obok niej chłopak z dredami otworzył oczy ze zdziwieniem.
— Stary… ja naprawdę czuję dźwięk stopami. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem.

Śmialiśmy się razem z nimi, a w ich twarzach było coś dziecinnego, świeżego. To było piękne doświadczenie, zobaczyć, że coś wykonanego własnoręcznie daje radość innym ludziom. Poczułem, że stworzyliśmy coś wartościowego, a pomysł zaczął się na kanapie.

Na festiwalu poznałem wielu ludzi, których nazwałbym „jedyni w swoim rodzaju”. Każdy miał swoją barwną historię, pełną zakrętów i dziwnych zbiegów okoliczności. Ich opowieści przeplatały się z moją, jakbyśmy wszyscy byli bohaterami jednej większej opowieści, a spotkanie na tym festiwalu było kolejnym rozdziałem, który musiał się wydarzyć.

Energia tego miejsca i ludzi była czymś nowym — lekka, swobodna, niewymuszona. Nie musiałem udawać, że jestem kimś ważnym. Nie musiałem biec, rywalizować, starać się na siłę. Po prostu byłem… i to wystarczało.

Późnym wieczorem usiadłem przy ognisku. Obok mnie milczał starszy mężczyzna o długiej, siwej brodzie. Siedział w ciszy, jakby rozmawiał tylko z płomieniami. Po chwili odezwał się pierwszy:

— To Wy macie stoisko z tymi hamakami sensorycznymi? Cały festiwal o Was mówi…
— Tak, to nasze — odpowiedziałem z entuzjazmem.

— Jestem niesamowicie szczęśliwy, że wszyscy tak ciepło nas przyjęli. To uczucie… jest nie do opisania…

Mędrzec spojrzał w ogień, jakby pobierał z niego energię. Potem powoli rzekł:
— Widzisz, chłopcze, z tymi wibracjami to ciekawa sprawa. Wszyscy powtarzają, żeby być w wysokich wibracjach, prawda?
— No tak — przytaknąłem.
— A wysokie wibracje kojarzą się z podekscytowaniem, rozedrganiem, takim stanem jak Twój teraz, ale prawdziwe, wysokie wibracje… to spokój. Cisza. Harmonia.

Spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczami.
— Nigdy tak na to nie patrzyłem. Faktycznie… po floatingu czy jodze czuję się spokojniejszy, wolniejszy. Jakby to był właściwy kierunek.

Mędrzec pokiwał głową.
— Widzisz, ten świat jest zbudowany na opak, a mało kto to dostrzega. Wymaga to uważności, ale gdzie nie spojrzysz, wszystko działa na odwrót i nie ma to nic wspólnego z naturą, która jasno wytycza kierunek, o którym ludzie już dawno zapomnieli.

Przerwał na chwilę, a płomienie zatańczyły, jakby chciały podkreślić jego słowa. Zamilkł, a potem dodał ciszej:
— Twoją misją nie jest szukać kolejnych dźwięków ani cudzych akordów. Twoją misją jest zamilknąć na tyle, by usłyszeć własne brzmienie.

— Jak mam to zrobić? — zapytałem niepewnie.

Mędrzec zanurzył rękę w garści piasku leżącego przy ognisku i pozwolił mu powoli przesypywać się między palcami.
— Bądź jak piasek. Zatrzymaj się. Oddaj kontrolę. Zrozum, że nawet wtedy, gdy nic nie robisz, życie płynie. Muzyka gra. Wtedy właśnie usłyszysz swoją prawdziwą nutę.

Ogień trzaskał, a noc wokół zdawała się nagle gęstnieć od znaczeń. Mędrzec uśmiechnął się lekko i dodał:
— Zapamiętaj, chłopcze. Najwyższe wibracje to cisza.
A cisza to wrota do wolności.

— A co, jeśli już wejdę w tę ciszę? — zapytałem niepewnie. — Co mam wtedy zrobić?

Mędrzec uśmiechnął się lekko, jakby znał to pytanie od zawsze.
— W ciszy nie musisz robić nic. Wystarczy, że usłyszysz głos, który od dawna mieszka w Tobie.
— Głos?
— Tak. Ten, który podpowiada Ci tylko trzy kolejne kroki. Nie całą drogę, nie cały plan życia. Tylko trzy ruchy. Reszta to hałas, którego źródło nie jest Twoje.

Spojrzałem w płomienie, które trzaskały, jakby przytakiwały jego słowom.
— Ale jeśli zrobię tylko trzy kolejne ruchy… to czy to wystarczy?

Mędrzec wziął garść piasku i pozwolił mu przesypywać się powoli między palcami.
— Wystarczy. Bo jeśli każdego dnia uczynisz trzy właściwe kroki, to będziesz się rozwijał. Nie musisz znać całej ścieżki, by nią iść. Rozwój nie potrzebuje pośpiechu, tak jak rzeka nie potrzebuje płynąć szybciej, by dotrzeć do morza.

Ogień trzaskał coraz ciszej, jakby sam pragnął ustąpić miejsca ciemności. Noc gęstniała, a nad nami rozsypywał się bezkres gwiazd. Wpatrzony w ich blask poczułem, że migoczą jak oddech wszechświata – spokojny, nieskończony, obecny w każdym z nas. Ogień dogasał, a wokół nas panowała cisza. Zrozumiałem wtedy, że cała mądrość, której szukałem w książkach i u ludzi, sprowadza się do prostych słów, a proste słowa mają największą moc, jeśli naprawdę w nie uwierzysz.