Czarna marynarka ustąpiła miejsca pomarańczowej bluzie i to na dobre. Martini zamieniłem na wodę i jabłka – jadłem je nałogowo, jakby w tym prostym smaku kryło się coś, czego brakowało mi przez lata. Air Maxy – tym razem kolorowe – zastąpiły eleganckie buty. Zamiast imprez był las, hamak i bose spacery po trawie.
Ludzie dzwonili i pytali, czy jeszcze żyję.
Mama patrzyła na mnie z niepokojem.
– Ja Cię nie poznaję, synu. Jakby Cię ktoś podmienił.
– To wciąż ja, mamo – uśmiechałem się. – Tylko
w nowej wersji.
– Ty w nowej wersji? Ty się tylko bujasz w tym swoim hamaku jak dziecko i chodzisz boso po trawie, zamiast normalnie żyć…
– Może właśnie dlatego – odparłem – zaczynam żyć naprawdę.
Sam jeszcze wtedy nie wiedziałem, dokąd mnie to prowadzi. Po wakacjach przyszła codzienność. Portfel świecił pustką, a głowa była pełna wizji. Potrzebowałem pracy, choć serce buntowało się przeciwko „normalności”.

I wtedy spotkałem się z moją Alicją – moją osobistą „Alicja z Krainy Czarów”. Zawsze wiedziała, kiedy się pojawić, zawsze potrafiła wyczarować to, co było mi potrzebne, aby ruszyć dalej.
– Chłopaku, szukają kogoś takiego jak Ty – rzuciła z entuzjazmem.
I tak znalazłem się w miejscu, które szybko nazwałem Cyfrową Wieżą Babel. Projektowaliśmy tam technologie, które miały łączyć ludzi. Paradoks polegał na tym, że im bardziej zagłębiałem się w kod i algorytmy, tym mocniej widziałem, jak świat oddzielają od siebie języki, kultury i własne narracje. Każdy mówił, ale nikt się nie rozumiał.
„Kim ja tu właściwie jestem?” – zadawałem sobie pytanie. – „Czy naprawdę piszę własną historię, czy tylko odgrywam rolę w cudzym scenariuszu?”

Adam ostrzegał mnie parę miesięcy wcześniej:
– Niedługo wydarzy się coś, co pokaże Ci, że żyjemy w grze. Zobaczysz, jak łatwo można programować ludzi…
Wtedy brzmiało to jak fantazja, ale potem świat przykryła fala masek na twarzy. Ulice opustoszały,
a ludzie reagowali jak roboty, jakby ktoś uruchomił w nich ten sam program. Patrzyłem na to i miałem wrażenie, że uczestniczę w jakimś eksperymencie.
W tamtym czasie obejrzałem film o świecie, w którym wszyscy uciekają do wirtualnej rzeczywistości, żyjąc bardziej w grze niż w realnym świecie. Wciągnął mnie od pierwszej sceny, a potem spojrzałem za okno i miałem wrażenie, że to nie film – to nasza rzeczywistość. Cały świat zamknął się w domach, ulice zamarły, a ludzie zaczęli żyć przez ekrany – pracować, spotykać się, nawet świętować wirtualnie. Wyglądało to tak, jakby ktoś napisał globalny scenariusz i w jednej chwili zatrzymał całą planetę, przenosząc wszystkich do cyfrowej rzeczywistości.
Miliardy graczy odłączonych od prawdziwego życia, podłączonych do sieci. Cóż, był to globalny test na inteligencję, którego nikt nie chciał przechodzić.

Od tamtej chwili zacząłem patrzeć na życie inaczej. Jak na cyfrowy labirynt minotaura z zadaniami do przejścia, a skoro to zabawa, to potrzebowałem własnych zasad. Spisałem je tak, jakby były kodem, który ma mnie prowadzić dalej:
Rób wszystko na odwrót – bo kto powiedział, że trzeba iść tam, gdzie wszyscy?
Idź w stronę największego lęku – właśnie tam kryje się wolność.
Graj dalej – bo gra nigdy się nie kończy.
W mojej głowie coraz głośniej słyszałem ten głos. Był jak szept – trochę ironiczny, czasem szyderczy, ale dziwnie kierował mnie w przeciwną stronę:
– Rób wszystko na odwrót – powtarzał. – To jedyny sposób, żeby poznać siebie.
Wtedy na mojej planszy pojawiła się Natalia. Miała ciemne, długie kręcone włosy, czerwony dres
i spojrzenie, które potrafiło zatrzymać czas. Spotkaliśmy się w samym sercu miasta w kawiarni. Jedna kawa wystarczyła, żebym poczuł, jak wciąga mnie do innego wymiaru. W moim świecie wszystko było na odwrót… Natalia była całkowitym przeciwieństwem tej blondynki w czerwonej sukni z Matrixa. Tamta była tylko iluzją, hologramem zaprogramowanym, by odwracać uwagę.

Natalia była prawdziwa – nieprzewidywalna, pełna życia, nie do kontrolowania. Jej energia była jak ogień – dawała ciepło, ale potrafiła też parzyć. Trzeba przyznać, że niezła z niej agentka…
Zamiast ponurych scen akcji dostałem kolorowy świat
w zupełnie innym stylu: spacery po mieście, nocne rozmowy na mostach i taniec.
Natalia znała się na muzyce jak nikt inny. Potrafiła słuchać jej głębiej – jakby rozumiała ukryty język dźwięków.
– Muzyka to nie tylko melodia – mówiła. – To energia, która prowadzi ciało i myśli w jedno miejsce.
Uczyła mnie rozpoznawać, że każdy rodzaj muzyki otwiera inne drzwi:
– Inna jest do odpoczynku – kiedy chcesz się zatrzymać. Inna do pracy – żeby zsynchronizować myśli z ciałem, znaleźć rytm jak w medytacji. A inna do tańca – bo taniec to modlitwa w ruchu, najczystsza forma obecności.
– Widzisz – tłumaczyła – kiedy poruszasz się w rytmie, Twoje ciało samo wie, co robić. Wystarczy oddać się dźwiękom, a one wprowadzą Cię w trans. Kiedy naprawdę wejdziesz w taniec, potrafisz się w nim zatracić – zapominasz, jak masz na imię, zapominasz, gdzie pracujesz, tracisz swoją osobowość, przestajesz myśleć o przyszłości, przestajesz myśleć o przeszłości. Jesteś w tu i teraz, a to największa radość…
I wtedy prowadziła mnie w ruchu: najpierw delikatne kroki, potem ręce i nagle świat znikał i zostawała tylko muzyka, ona i ja.
Miasto miłości miało wiele miejsc, które pozwalały zapomnieć się na chwilę… Jedną scenę pamiętam szczególnie: puste ulice, a nad nimi waniliowe niebo. Wszystko wyglądało jak sen, w którym graliśmy tylko we dwoje. Miasto było nasze – bez pośpiechu, bez tłumu, bez masek na twarzach.
Śmialiśmy się, idąc środkiem pustej drogi, a świat wydawał się na chwilę zatrzymać, tylko po to, byśmy mogli zatańczyć własny taniec. Było tak pięknie, że bałem się obudzić.

Natalia była jak żywioł – raz niosła mnie jak fala, innym razem potrafiła rzucić o skały, ale pewnego dnia jej spojrzenie stało się obce.
– Chłopaku, ja nie mogę tak żyć – powiedziała spokojnie, jakby od dawna układała w głowie te słowa. – Ty jesteś w swojej grze, a ja potrzebuję prawdziwego świata…
Chciałem coś powiedzieć, zatrzymać ją, ale słowa nie przechodziły mi przez gardło.
– Słuchaj, kosmiczny osiołku… – uśmiechnęła się smutno. – Ty naprawdę wierzysz, że można żyć poza orbitą tego, co zwykle?

Patrzyłem tylko, jak znika.
Czułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg, jakbym nagle stracił grawitację i wypadł w pustkę. Byłem sam, dryfujący w bezkresnym oceanie. Nie było gwiazd, które mogłyby wskazać kierunek, ani statku, do którego mógłbym wrócić. Cisza była tak gęsta, że aż dzwoniła w uszach.
A jednak to właśnie ona — Natalia — zanim zniknęła z mojego wszechświata, zostawiła mi coś ważnego. Pokazała mi moje słabe punkty, których sam wcześniej nie dostrzegałem. Ukryte rysy, które potrafiły ranić drugą stronę. Jej obecność uświadomiła mi, że często brakowało mi uważności. Zamiast patrzeć w jej oczy, wpatrywałem się w swoje wizje. Uciekałem w świat własnych marzeń, zostawiając ją na ziemi — samą. Te drobne, niewyjaśnione sprawy w relacjach są jak małe kamienie wrzucane do plecaka na górskiej wyprawie. Im dalej idziemy, tym plecak staje się cięższy, aż w końcu któraś ze stron nie daje rady i rezygnuje z dalszej wspólnej drogi.
Samotność stała się nieskończoną przestrzenią. A ja stałem się jej częścią. Wolność i strach mieszały się w jednym oddechu, a świadomość, że nikt mnie tu nie znajdzie, była jednocześnie przerażająca i oczyszczająca. Po jej odejściu dni zamieniły się w szarą mgłę. Praca straciła sens, znajomi wydawali się odlegli, a codzienność przypominała błądzenie w labiryncie bez wyjścia.
— Spokojnie, chłopaku — odezwał się głos w mojej głowie. — To tylko mały reset.
— Ale ja się zapadam — odpowiedziałem w myślach. — Nic nie ma sensu.
— I dobrze. Dopiero gdy nic nie ma sensu, możesz stworzyć go na nowo.
Leżałem w hamaku, bujając się powoli tam i z powrotem, czułem się jakby rzucono na mnie czar. Z zamkniętymi oczami widziałem siebie jak kosmonautę z oślą głową, dryfującego w ciemności — bez paliwa, bez celu, tylko z sercem, które biło mimo woli.
Postanowiłem, że odwiedzę Adama Wattsa. Nie widzieliśmy się od wakacji. Myślałem, że może on jakoś pomoże. Niestety witryna jego studia floatingu nie świeciła jak zwykle, była zakurzona. Jakby to miejsce nigdy nie istniało. Dzwonię do Adama – telefon odpowiada „nie ma takiego numeru”…
Zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę…