Rozdział 12 – Boski rebranding

Kiedy medytowałem w lesie, zastanawiając się, co dalej zrobić ze swoim życiem, dotarła do mnie ważna myśl. Nasza najważniejsza waluta to czas – coś, czego nie możemy odzyskać ani pomnożyć, a co przemija z każdą chwilą. Zrozumiałem również, że w życiu nie ma wrogów.

Są tylko przyjaciele i nauczyciele. Przyjaciele to ci, którzy widzą w nas światło, wspierają i inspirują do działania. Nauczyciele to „Władcy Czasu” – mistrzowie zagubienia, którzy potrafią zatrzymać Cię w martwym punkcie na długie lata.

Tego dnia jednak daleko mi było do filozofii. Leżałem w hamaku i patrzyłem w niebo między liśćmi. Chciałem po prostu odpocząć i złapać ciszę, o której opowiadał starszy mężczyzna przy ognisku. Nagle usłyszałem trzepot skrzydeł. Na sznurku mojego hamaka wylądował biały gołąb. Przez chwilę myślałem, że to przypadek, dopóki nie zauważyłem małej karteczki przyczepionej do jego nogi. Delikatnie ją odwiązałem. Ptak spojrzał na mnie, jakby czekał na reakcję, a potem odleciał. Rozwinąłem powoli kartkę — zwykły papier, zapisany równym charakterem pisma:

— „Chłopaku, sprawa jest poważna. Czekamy na Ciebie w Watykanie.” — podpisane: Franciszek

Zawahałem się z dużą dozą niepewności. Czy to aby dzieje się naprawdę. Spojrzałem jeszcze raz na kartkę i mruknąłem z przekąsem:
— No świetnie… jedziemy na pyszną włoską pizzę…
Po chwili dodałem w myślach:
— No cóż, skoro zaproszenie jest z samej góry, trzeba to potraktować bardzo poważnie…

Schowałem list do kieszeni. Zwinąłem swój hamak, spakowałem się i wyruszyłem do Włoch z moją MINI.

No właśnie – nie przedstawiłem jeszcze jej. MINI od samego początku była czymś więcej niż tylko samochodem. Znalazłem ją w komisie zakurzoną i opuszczoną. Z zewnątrz wyglądała na bardzo zaniedbaną, ale w środku, pomimo wieku, lśniła czystością. Gdy zasiadłem pierwszy raz za jej kierownicą, poczułem że ma w sobie duszę, swoje kaprysy i ten błysk w reflektorach, jakby patrzyła na świat z uśmiechem.

Kiedy wspominałem o podróży do Italii, niemal czułem, jak emanuje niecierpliwością na światłach. Jakby jej chromowane uśmiechy poszerzały się na myśl o włoskich serpentynach, krętych uliczkach i dźwięku espresso parzonego o poranku. MINI marzyła o tym wyjeździe tak samo jak ja. Podróż do Rzymu nie była wyścigiem. Jechaliśmy wolno, smakując każdy kilometr trasy, aż w końcu dotarliśmy do Wiecznego Miasta.

– Selfie spod Koloseum.
– Serowa z pieczarkami.
– Espresso.

I wreszcie – rozmowa z samym Franciszkiem.

Wybraliśmy się na wspólny spacer. Usiedliśmy na ławce w cieniu bazyliki. On w białej sutannie, ja w pomarańczowej bluzie z kapturem. Dwa światy, które nigdy nie powinny się spotkać – a jednak.

– Jak dobrze Cię widzieć, chłopaku – zaczął Franciszek. – Pomożesz nam?
– Ale z czym? – spytałem, oblizując resztki loda.
– Z rebrandingiem – odparł. – Krzyż już nie działa. Ludzie nie chcą cierpienia. Chcą Netflixa, prosecco i odrobinę duchowości w wersji soft. Musimy to jakoś ogarnąć, bo inaczej zostaniemy z tą samą starą narracją, a ona już nikogo nie rusza…

Prawie się zakrztusiłem oblizując włoskiego loda i mówię:

– Czyli co, dwa tysiące lat tradycji do kosza, a zamiast tego chill na hamaku? – parsknąłem śmiechem.
– Synu – powiedział spokojnie – sam Jezus, gdyby żył dziś, miałby konto na Instagramie. Chodził w jeansach, Nike’ach i pewnie wybrałby hamak zamiast krzyża.

Spojrzałem na moje turkusowe buty i zaśmiałem się głośno.
– Ojcze, Ty jesteś większym freakiem niż myślałem.
– Bo prawda jest prosta – wzruszył ramionami. – Ludzie potrzebują nadziei i radości, a nie poczucia winy. Hamak zamiast gwoździ i krzyża, relaks zamiast męki, miłość zamiast strachu. To jest przyszłość.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Wokół biegały dzieci, ktoś grał na gitarze Imagine, a ja myślałem: Co tu jest właściwie grane? Jakim cudem rozmawiam z papieżem? Ale widać ta cisza mnie tu przyprowadziła.

– Dobrze – powiedziałem w końcu. – Jeśli już mam być twarzą waszej nowej ery, musimy zrobić to perfekcyjnie.
– Słucham – Franciszek pochylił się w moją stronę.
– Potrzebujemy maskotki. Lucy. Kosmiczna dziewczyna, z niebieskimi włosami i wielkimi oczami. Moja młodsza siostra, która niesie światło…

Spojrzałem na Franciszka i powstrzymując się od śmiechu czekałem, czy to przejdzie… Sam nie wierzyłem w to, co mówię, ale Franciszek aż klasnął w dłonie.
– Chłopaku, to jest to, co nam potrzebne, żeby dotrzeć do młodych!
– A w sumie – dodałem – można zbudować wokół niej całą markę osobistą. Na przykład hasło: „Lucy – smakołyki, które rozjaśniają Twoje mroki”. Co o tym sądzisz?
Papież uniósł brew, na chwilę pokręcił głową, a potem się roześmiał.
– Synu, to jest bezczelne, ale genialne! Wyobraź sobie pielgrzymki, na których rozdaje się żelki zamiast różańców. Ludzie uśmiechnięci, dzieci szczęśliwe, a my wreszcie mamy prosty produkt, który działa.

– Ojcze, pielgrzymki są już passé. Teraz jeździ się na festiwale. Tam będziemy szerzyć dobrą nowinę…

Franciszek pokiwał głową, jakby gdzieś już słyszał tę historię…
– Wiesz, chłopaku, chyba czas wrócić do korzeni – powiedział już ciszej – całe życie uczyli mnie, że żeby zasłużyć, trzeba cierpieć, ale patrząc na Ciebie, zaczynam wierzyć, że może wystarczy kochać i śmiać się z absurdu.
– No i właśnie o to chodzi – odpowiedziałem. – W raju też pewnie mają hamaki.

Franciszek spojrzał w górę, jakby naprawdę chciał to sprawdzić, a potem szepnął:
– Może czas, żebyśmy wreszcie zaczęli zapraszać tam ludzi, zamiast ich straszyć.

I wtedy dotarło do mnie, że w tym szalonym spotkaniu było więcej prawdy niż w niejednym kazaniu, które kiedykolwiek słyszałem. Brzmi jak science fiction? Może i tak, ale najlepsze scenariusze pisze samo życie. Bo tak naprawdę nie chodzi o to, żeby cierpieć. Chodzi
o to, żeby się bujać.

Kiedy wracaliśmy z Rzymu, obudziło się we mnie dzikie uczucie. Całe życie grałem pod dyktando innych, spełniając ich oczekiwania. Efekt? Dziwne stany, frustracja i nieodłączny finał – samotność, aż w końcu olśniło mnie: to ja pozwalałem innym decydować za mnie.

To było jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałem, że czas przestać być dodatkiem do cudzych planów. Od teraz stawiam granice. Robię to, co chcę, z kim chcę i jak długo chcę. Brzmi egoistycznie? Może trochę, ale podobno od tego należy zacząć – stawianie granic.

Nie chodziło już o rozmowę z Franciszkiem. Chodziło o to, że wreszcie poczułem lekkość. Jakbym zrzucił z pleców cały ciężar cudzych oczekiwań. Wracając z Rzymu, patrzyłem przez szybę na zachód słońca i pomyślałem: Skoro w Watykanie mogłem mówić własnym głosem, to mogę go użyć wszędzie… To był moment, w którym poczułem, że czas otworzyć nowy rozdział. Tym razem o mnie.

O fantastycznej historii Chłopaka z Hamaka…