Rozdział 13 – Lato z kontrastem

Powietrze w mieście miłości pachniało letnią radością, kwiatami i przygodą. Niebo było jak jedwab rozpięty nad dachami, a ja czułem w sobie miękki szum: zapowiedź kolejnego aktu mojej historii.

Po powrocie do miasta miłości byłem dalej lekko podekscytowany spotkaniem w Rzymie. Trzeba przyznać, że to dało spore możliwości – mając wsparcie z samej góry, można działać z rozmachem, a kiedy Franciszek błogosławi Lucy, naszą maskotkę, to wiesz, że temat wszedł oficjalnie na salony. Trochę to trwało, ale możecie sobie wyobrazić, z jaką dumą prezentował ją później na konferencji prasowej.

Serio – papież z maskotką o niebieskich włosach, która rozdaje uśmiechy, sprawdźcie sami, nie bujam. Ja wiedziałem jedno: szerzenie dobrej nowiny nie mogło czekać. I tak dotarła do mnie wiadomość: Watykańskie Tęczowe Smakołyki są już gotowe! Znak, że czas wyruszać.

Nie tracąc czasu, udałem się do lokalnego powiernika Watykanu w mieście miłości. Wjeżdżam, a tam… akcja jak w teledysku 50 Centa! Amerykański przepych, marmury, kryształowe żyrandole, złote klamki. Chata jakby ktoś postawił ją na kodach z Simsów. Totalnie nie moje klimaty – wolę minimalizm i prostotę – ale trzeba przyznać, że rozmach imponował.

Wysoki połysk wnętrz odbijał świat jak w gabinecie luster. Ojczulek przywitał mnie z wielką gościnnością. Herbatka w srebrnej zastawie, aromatyczna i słodka jak spowiedź bez pokuty, ale gdy usiedliśmy w salonie, spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem i rzucił:
– Powiem Ci szczerze, chłopaku… ja w ten cały plan rebrandingu nie wierzę.
– A to ciekawe – odpowiedziałem spokojnie. – Dlaczego?
– Ludzie są przyzwyczajeni do krzyża, do cierpienia, do łez. Tym karmiono ich od setek lat. Hamak zamiast krzyża? – machnął ręką. – Brzmi jak słaby dowcip.
Uśmiechnąłem się i nalałem sobie herbaty. Spojrzałem na niego z moim bezczelnym uśmiechem i mówię:
– Ojczulku, a nie przyszło Ci do głowy, że ludzie mają już dość cierpienia? Że chcą odpocząć, poczuć radość, trochę światła?
– Hm… – zmrużył oczy. – I co dalej?
– Wystarczy zamienić mały detal – krzyż na hamak, dorzucić odrobinę boskiej wibracji i zobaczysz, co się stanie. Ludzie znów zaczną wracać do świątyń – nie żeby się smucić, ale żeby się kochać i tańczyć, bo po to tu jesteśmy.
W tej chwili żyrandol zadrżał jak wahadło: jakby czas sam przytaknął. Ojczulek popatrzył na mnie, poprawił sutannę, a potem zaczął się śmiać.
– Chłopaku, jeśli to się uda, będziesz pierwszym świętym beatyfikowanym za poczucie humoru.
– Czasy się zmieniają, ojcze – mrugnąłem. – Trzeba iść
z duchem radości.

Rozmowa zakończyła się jego szerokim uśmiechem. Na odchodne wręczył mi zestaw: tęczowych cukierków, żelek i lizaków.
– Z Bogiem, młodzieńcze – rzekł i poklepał mnie po plecach. – Niech Ci się wiedzie, będę się za Ciebie modlił. Zabawny z Ciebie gość.

Z paczką boskich słodyczy pod pachą ruszyłem na pierwszą misję. Kierunek? Summer Contrast. Festiwal nad rzeką Regą – miejsce, gdzie czas się zatrzymuje, a magia ożywa. Tam lato nabiera prawdziwego kontrastu. Już sam wyjazd ma w sobie coś magicznego: droga prowadzi przez gęste lasy i piękne, tajemnicze jeziora.

Gdy stajesz twarzą w twarz z majestatycznym drewnianym jeleniem, wiesz, że przekraczasz granicę. Jak co roku, portal otwiera się tylko na kilka dni, w samym środku lata. Tutaj możesz zmienić swoją linię czasową. Spotkać kogoś, kto w świecie 3D pozostaje nieosiągalny. Tutaj zanurzasz się w przestrzeni, gdzie czas nie istnieje. Tańce do wschodu słońca, rozmowy przy ognisku, śmiech odbijający się echem od drzew.

Bujając się w hamaku na Paradiso, mojej ulubionej scenie na plaży, czułem się jak w domu. I wtedy pojawił się przebłysk… Hmm, a może nie chodzi tylko o dom, a co gdyby tak stworzyć raj na ziemi. Rajski Ogród, jak tutaj, dać przykład, aby takich miejsc na ziemi pojawiało się coraz więcej. Patrzyłem na tych wszystkich bawiących się ludzi i zrozumiałem, że każdy z nas to taki kosmiczny podróżnik z własnym uniwersum. Każdy jest na swój sposób dziwny, a jednak tu jest to akceptowane. Nie ma żadnych norm, nakazów i zakazów, a mimo tego wszyscy traktują się z szacunkiem. Tutaj w radości i bez oceniania, ludzie potrafią dzielić się energią miłości, jakby to było jedyne prawo. Tu piasek zawsze drży od basu, a zapach lasu powoduje, że chce się żyć.

I tym razem nie było inaczej. Kilka razy na polu namiotowym przechodziłem obok turkusowego kampera, który przykuł moją uwagę. W końcu pomyślałem: przecież mam głosić dobrą nowinę, a tam wszyscy wyglądają na otwartych. Ten turkus wołał mnie jak mój własny hamak. Podszedłem więc – a tam gość buja się na hamaku, nieco niższy ode mnie, ale pełen energii, o szklącej głowie i w lenonkach jak ja. Przywitał mnie z uśmiechem na twarzy i kawałkiem arbuza w ręce.

– Kim jesteś? – zapytał, przeżuwając kolejny kęs.
– Chłopakiem z hamaka – odpowiedziałem z dumą. – Posłańcem dobrej nowiny. – I podałem mu żelki oraz cukierki na znak pokoju.

Zaśmiał się i wskazał na swój hamak.
– Widzę, że program artystyczny mamy podobny. Ja też bujam się nahamaku. To znaczy, że jest nas już dwóch.

Usiedliśmy razem, a on zaczął opowiadać o swoim turkusowym domku. W świetle popołudnia kamper wyglądał jak fragment laguny, który uciekał na kołach.


Nagle zerknął na ogromnego jelenia i parsknął:
– Wiesz, chłopaku, jest taka stara legenda o świętym Hubercie. Podobno spotkał jelenia z krzyżem między rogami i tak się nawrócił, że został świętym. Nie mam bladego pojęcia gdzie on się podział, ale ten drewniany jeleń to musi być jego robota…

Parsknąłem śmiechem.
– Legenda legendą, ale fakt jest taki, że ten jeleń naprawdę tu stoi, a impreza jest boska – odpowiedziałem, kiwając głową w stronę drewnianego zwierza. Na chwilę zamilkłem i ponownie w mojej głowie zaczęła krążyć wizja rajskiego ogrodu i wtedy przemówiłem:

– Wiesz, dziś przyszła mi taka myśl, kiedy bujałem się na hamaku, że takich miejsc powinno być więcej… Miejsc, gdzie ludzie mogą odpocząć od tego zgiełku, takich, gdzie czuję się tę magię, ale zarazem luz. Gdzie jesteś jak w domu… jak w rajskim ogrodzie.


– Czuję ten klimat, chłopcze, to za mną chodzi od dłuższego czasu. Coś zaiskrzyło w jego oczach. – Wyobrażasz sobie góry, tańce, saunowanie i może jakiś mikro festiwal… o tak, to jest ten kierunek…

Oboje spojrzeliśmy się na siebie i pokiwaliśmy głową, że chyba się rozumiemy, bo przecież kreacja zaczyna się od słowa… Słowo trafiło w ziemię jak nasiono, a ziemia odpowiedziała cichym „tak”. Podaliśmy sobie rękę i spojrzeliśmy głęboko w oczy i z uśmiechem w tym samym momencie powiedzieliśmy:

-Kiedyś pewnie się jeszcze spotkamy…

Kolejny dzień festiwalu mijał, a ja bawiłem się w najlepsze. Pełen radości, jak co rano wskoczyłem do rzeki, żeby się orzeźwić. Woda była chłodna, a nad nią unosiła się poranna mgła. I wtedy, na samym brzegu, pojawiła się ona, jakby spadła z nieba – Pocahontas! Oczywiście, w mojej bajce role były trochę odwrócone – to ja biegałem półnagi po lesie, a nie ona – ale jedno się zgadzało: miała w sobie tę bajkową aurę piękna, tajemnicy i mądrości. Rzeka na moment przyspieszyła, jakby chciała ją przywitać. Wychodząc z wody, zerknąłem na nią kątem oka. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że rozmawia z moim znajomym.

Podszedłem więc bez zastanowienia, jakby nigdy nic.
– Cześć – rzuciłem swobodnie. – Ty to mi wyglądasz na Pocahontas. Przyjrzałem się jej dokładniej i dodałem z udawaną powagą:
– Ciemne włosy, wysoka, szczupła, karnacja jakby indiańska, no wyglądasz jak ta z bajki…

Dziewczyna zarumieniła się lekko, a ja szybko dorzuciłem jeszcze bezczelnie:
– No i trochę dzikuska…
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a ona spojrzała na mnie iskrzącymi oczami.
– Jeśli chcesz – odpowiedziała zaczepnie – mogę być Twoją Pocahontas, ale czy aby na pewno jesteś tego pewien?

Spojrzałem na nią poważnie, choć z moim typowym szczeniackim uśmiechem.
– Mogę zaryzykować – odpowiedziałem.

Odprowadziłem ją do jej namiotu, wymieniliśmy się Instagramem i wtedy okazało się, że Pocahontas wcale nie była dzikuską. Zgrabnie scrollowała swojego iPhone’a i możecie wierzyć lub nie, polajkowała mi kilka zdjęć…

I wtedy pomyślałem:
„Hmmm, z taką dziewczyną mógłbym się pobujać po moim universum” ale jak szybko się pojawiła, tak szybko też zniknęła. Został po niej tylko uśmiech w mojej głowie i to dziwne uczucie, że rzeczywistość prowadzi mnie w dobrym kierunku, bo jeśli jesteś w miejscu, gdzie panuje miłość, zaczynasz sam nią być – a wtedy wcale nie trudno spotkać kogoś, kto też może być jej odbiciem.

Nad ranem mgła rozwinęła się jak zasłona, a w tle stał majestatyczny drewniany jeleń, który jakby wołał: „Wróć tu za rok, podróżniku”. Wiedziałem, że ta podróż się nie kończy i krąg festiwalowego życia przyciągnie mnie tu w następne lato…