Rozdział 16 – Spotkanie na Olimpie

Kiedy wpadasz w pozytywny wir bycia sobą, wszystko zaczyna układać się samo. Kilka dni po powrocie z Pandory odezwała się do mnie Pocahontas. Żebyście widzieli mój uśmiech na twarzy… Od razu poczułem, że wszechświat szykuje dla mnie coś wyjątkowego.

Nasze rozmowy stawały się coraz częstsze i głębsze. W końcu Pocahontas powiedziała, że koniecznie muszę ją odwiedzić. Nie wahałem się ani chwili. Od razu ruszyłem w podróż. Czas spędzony z Pocahontas był bajkowy – pełen harmonii i lekkości. Rozmowa płynęła bez końca, jakbyśmy znali się od zawsze.

Obudziłem się o poranku, a Pocahontas właśnie patrzyła daleko przed siebie, jakby czytała przyszłość z drzew, ptaków i promieni słońca. Przywitała dzień z taką lekkością, że wyglądało to jak rytuał odprawiany od setek lat.

– Ty chyba nie jesteś stąd, chłopaku – powiedziała, odwracając się w moją stronę. – Twoja energia nie należy tylko do tego świata, jakbyś był z kosmosu… Moja intuicja podpowiada mi, że możesz przywrócić balans na ziemi. Czuję, że mogę Ci zaufać.

Podeszła bliżej i wyciągnęła dłoń. W jej palcach połyskiwał naszyjnik z tajemniczym symbolem wyrytym w drewnie.
– Mam coś dla ciebie. To dar, ale i próba. – Wcisnęła mi go w rękę. – Naszyjnik ten jest stary jak same gwiazdy. W naszym plemieniu mówi się, że pochodzi z czasów, gdy duchy jeszcze chodziły po ziemi razem z ludźmi. To one zostawiły w nim moc podróżowania.

Spojrzałem na nią, nie rozumiejąc. Uśmiechnęła się delikatnie i kontynuowała:
– Każdy, kto go nosi, może przekroczyć granice świata, ale pamiętaj, nie zrobisz tego, stając na przypadkowej drodze czy w lesie. Portalem jest Twój hamak. To on tworzy bramę. Tylko w nim, w stanie spokoju i otwarcia serca, naszyjnik ożywa i otwiera ścieżki.

Zbliżyła się jeszcze bardziej, a jej głos stał się niższy, jakby szeptała starą pieśń:
– W naszej legendzie mówi się: „Kto zawiesi hamak między drzewami, rozwiesza także nić między światami. Kto położy się w nim z czystym sercem, ujrzy drogi, których inni nie widzą.” Ale uważaj, chłopaku… Każda podróż prowadzi do nowych światów, ale i do Twojego wnętrza, a tam kryją się lęki, o których jeszcze nie masz pojęcia.

Poczułem, jak jej słowa przenikają mnie głębiej niż dźwięk.

– Nie lekceważ tego – dodała. – Możesz zobaczyć miejsca piękniejsze niż raj i spotkać istoty, które zmienią Twoje życie, ale jeśli uciekniesz od własnych lęków, one dogonią Cię i pochłoną. To, co otworzy przed Tobą hamak, jest tak samo drogą do światła, jak i do cienia.

Jej spojrzenie było poważne i pełne troski. Czułem, że mówi do mnie nie tylko jako kobieta, ale jako głos całego plemienia, które przekazywało tę opowieść od pokoleń. Chwyciłem naszyjnik. Przez moje dłonie przeszedł dreszcz. Miałem wrażenie, że nie trzymam zwykłego przedmiotu, ale klucz do wszystkich światów – i do samego siebie.

– Obiecaj mi, że będziesz z niego korzystał mądrze i używał by tworzyć równowagę.
– Obiecuję – odpowiedziałem bez wahania. Wiedziałem, że te słowa wiążą mnie mocniej niż przysięga.

Uśmiechnęła się i przez chwilę milczeliśmy, jakby czas się zatrzymał. Potem założyłem naszyjnik i pożegnałem się z Pocahontas. Wsiadłem do mojej MINI i ruszyłem w drogę powrotną. Tyle że tego dnia, od razu po odpaleniu silnika, poczułem, że MINI jest… jakaś inna.

Mruczała głośniej niż zwykle, a gdy wspomniałem w myślach o Pocahontas, zapaliła kontrolkę „check engine”, choć wiedziałem, że wszystko działa perfekcyjnie.
– No co Ty, mała? – zaśmiałem się pod nosem. – Przecież wiesz, że nikt Cię nie zastąpi. Pocahontas może i jest magiczna, ale Ty… Ty jesteś jedyna w swoim rodzaju…

Na moment jakby się obraziła – radio samo przełączyło się na smętną balladę o złamanym sercu. Dopiero gdy obiecałem jej, że zawsze będziemy razem w każdej podróży, westchnęła cicho wentylatorem i puściła mi „Born to be Wild”. Wtedy już wiedziałem – wybaczyła.

Dotarłem do rodzinnego domu. Intuicja kazała mi zajrzeć do mojego pomarańczowego pokoju na poddaszu. Medale, zdjęcia, statuetki… cała przeszłość uśmiechała się do mnie ze ścian. Lecz moją uwagę przykuło coś szczególnego – złote kolce biegowe Nike. Wziąłem je do rąk i poczułem, jak dawne marzenia splatają się z teraźniejszością.

W tej chwili wbiegł mój Mały Książę, cały rozemocjonowany:
– Wygrałem! Wygrałem! Udało mi się to zrobić…
– Spokojnie, młody! – zaśmiałem się. – Pokaż, co tam masz.

Mały Książę pokazał mi swoje osiągnięcie w grze i wtedy dotarło do mnie – wszechświat wskazał kolejne spotkanie, wystarczy wsłuchać się w synchroniczność. Musiałem odnaleźć Boginię zwycięstwa, Nike. Moje kolce nie były już tylko wspomnieniem. Stały się zaproszeniem do czegoś większego.

Założyłem moją wyjściową pomarańczową bluzę, najwygodniejsze dresy i oczywiście Nike. Zapuściłem lekki zarost, żeby wyglądać na trochę starszego – w końcu miałem spotkać się z boginią, która liczy sobie parę tysięcy lat. Hamak czekał gotowy na pierwszą podróż. Ścisnąłem naszyjnik w dłoni, zamknąłem oczy, wziąłem głęboki oddech i wypowiedziałem jedno słowo:
– Olimp.

Wskoczyłem w hamak i… nie minęły nawet trzy sekundy. Otworzyłem oczy – i ku mojemu zdziwieniu to naprawdę zadziałało! Złote kolumny lśniły w słońcu, wszędzie dookoła panował przepych. Powietrze pachniało ambrozją i kwiatami. Góry otaczały niebo, a chmury układały się jak miękkie poduszki.

Czułem się tam trochę jak w świecie baśni – wszystko lśniło, błyszczało, olśniewało, a w samym centrum Olimpu siedziała ona – Nike. Bogini zwycięstwa. Jej długie, jasne włosy spływały jak złote kaskady, a oczy iskrzyły błękitem, który mógł zarówno kusić, jak i mrozić. Była piękna w sposób absolutny, aż onieśmielający, ale w tym pięknie kryła się też zaborczość. Jej ruchy mówiły jedno: to miejsce należy do mnie, tak jak i zwycięstwo. O dziwo, ubrana była na sportowo, a w dłoni trzymała kielich ambrozji.

Jej obecność była jak burza – olśniewająca, ale groźna. Przedstawiłem jej swój plan stworzenia świata pełnego harmonii. Słuchała uważnie, choć na jej ustach igrał lekki uśmiech – nie wiadomo, czy ironiczny, czy zalotny.

– Ty, śmiertelniku, chcesz zmienić świat? Siadaj no tutaj, niech Ci się dobrze przyjrzę – Ale wiesz… może właśnie takiej odwagi nam potrzeba.

Zanim się zorientowałem, Nike spłynęła z tronu i… usiadła mi na kolanach. Zapach jej włosów był odurzający, a ja czułem, jak moje serce bije szybciej niż na starcie do biegu na 100 metrów.

– Mam w sobie sporo wiary – wyjąkałem, lekko zakłopotany – ale potrzebuję porady od takiej bogini jak Ty…
Nike chwyciła mnie za kolano i spojrzała prosto w oczy:
– Zacznij od porządku wokół siebie.

Zerknęła na moje buty i uśmiechnęła się drapieżnie:
– Nike na nogach – dobry znak, ale czy na pewno wystarczająco wygodne na długą podróż? Bo czeka Cię nie lada wyzwanie.

Potem wypiła łyk ambrozji i dodała:
– Nie zrobisz tego sam. Potrzebujesz boskiej sztafety. Zbierz ludzi, którzy wniosą swój unikalny potencjał. Aleksander Wielki – strateg, który wie, jak prowadzić. Tesla – geniusz energii, człowiek, który rozumiał moc niewidzialnych prądów. Steve Jobs – cyfrowy bóg, który potrafił zamienić idee w rzeczywistość. Połączcie siły. Każde jej słowo układało się we mnie jak złoty plan.

– Co z tym zrobisz, zależy od Ciebie, chłopaku – powiedziała w końcu z powagą. – Skoro dotarłeś tutaj, to znak, że jesteś gotowy.

I wtedy stało się coś zaskakującego. Nike zdjęła przeciwsłoneczne okulary, które miałem na twarzy, przyjrzała mi się i rzekła:
– Ty mi kogoś przypominasz… – zmierzyła mnie wzrokiem z góry do dołu. – Już wiem! Apolla! Nawet mówisz trochę jak on. On wierzy, że sztuka i piękno mogą odmienić świat. Ten to dopiero jest artysta…

Uśmiechnęła się zalotnie, a ja poczułem, że sytuacja zaczyna się robić… nieco napięta. Bogini zwycięstwa ewidentnie próbowała mnie podrywać, a ja – zwykły chłopak – nie do końca wiedziałem, jak się w tym boskim teatrze odnaleźć.

Grzecznie podziękowałem za porady i z lekkim ukłonem obiecałem, że wrócę do niej, gdy wypełnię swoją misję.
– I przywiozę Ci coś w prezencie – dodałem. – Hamak. Bo jakoś dziwnym trafem na Olimpie ich nie macie.

Nike roześmiała się dźwięcznie, a echo jej śmiechu niosło się po złotych kolumnach jak dzwon zwycięstwa. Wiedziałem już jedno – moja podróż dopiero się zaczynała, a boska sztafeta czekała na skompletowanie. I wtedy przemknęła mi przez głowę niezręczna myśl: „Dobrze, że Pocahontas i MINI tego nie widziały…” Bo gdyby zobaczyły, jak bogini zwycięstwa siada mi na kolanach i porównuje do Apolla, to chyba nie miałbym już gdzie wracać…