Świat mojego dzieciństwa wydawał się prosty.
W każdym domu stało pudełko. Czasem w salonie, czasem w kuchni, czasem wisiało na ścianie – ale zawsze było włączone. Z niego płynął obraz rzeczywistości: głośny, kolorowy, pełen ludzi, którzy – jak mówiono – byli ważni. Politycy. Sportowcy. Gwiazdy. To właśnie oni mieli głosić prawdę, a ja byłem grzecznym chłopcem. Słuchałem wszystkich, robiłem to, czego oczekiwali. W naszym świecie powtarzano: „prawdziwi mężczyźni nie płaczą”, więc szybko nauczyłem się dusić w sobie emocje.

W szkole uczono nas absurdalnych rzeczy na pamięć, jakby to miało decydować o naszej wartości. Rodzice mogli być z nas dumni, jeśli recytowaliśmy regułki bez zająknięcia, za które dostawało się oceny. Dziś nazywam to miejsce hodowlą owieczek, bo kiedy kończysz szkołę, pierwszą rzeczą, jaką musisz zrobić, to zapomnieć niemal wszystko, czego Cię nauczono. Świat kieruje się zupełnie innymi zasadami niż te, które wbijali nam do głowy, a szklane pudełko pilnuje, byśmy wierzyli w ich wizję i nie zadawali za dużo pytań.
I właśnie tam, na ekranie tego pudełka, po raz pierwszy zobaczyłem swoje marzenie. Rozgrzana bieżnia. Tłumy ludzi, emocje, krzyk komentatora. I oni – olimpijczycy. Biegli tak szybko, jakby nie dotykali ziemi. Wtedy coś we mnie błysnęło.
– Chcę być najszybszym człowiekiem na ziemi – pomyślałem.
Miałem może cztery, może pięć lat, ale to uczucie było tak realne, jakby zapisało się w samym sercu. Każdy ma taki moment – obraz, który zostaje. Reszta wspomnień blaknie jak fotografie, ale to jedno pozostaje ostre, jakby czas nie miał nad nim władzy.
Tak – marzenie, by zostać najszybszym na świecie, stało się pasją mojego życia. Szkoła była tylko tłem, drugim planem. Liczyły się tylko treningi. Zawsze, dawałem z siebie wszystko, trenowałem ze starszymi, mocniejszymi zawodnikami. Krok po kroku, mimo wielu kontuzji i porażek dotarłem tam, gdzie chciałem – na Mistrzostwa Świata.

Miałem niespełna dziewiętnaście lat. Teraz to ja byłem w szklanym pudełku, czując się jak ktoś naprawdę ważny, lecz z biegiem czasu zacząłem czuć ciężar. Treningi przestały cieszyć. Zaczęły boleć – nie tylko ciało, ale i duszę.
Coraz częściej czułem, że biegnę w złą stronę. Nawet gdy leżałem w łóżku, miałem wrażenie, że wciąż pędzę. Nerwowy, przeciążony, niezdolny do odpoczynku. Myśli jak fale, które się zmieniały – złość, smutek, lęk i frustracja…
Czasem na treningach pojawiał się mój ojciec. Stał z boku, uśmiechnięty i dumny, a ja cieszyłem się, że on się cieszy.
Pamiętam szczególnie jeden dzień. Po treningu siedziałem na bieżni. Stadion był pusty. I dokładnie taką samą pustkę czułem w środku. Wracaliśmy samochodem. Droga prowadziła przez las. W środku panowała cisza. Ojciec prowadził, a ja patrzyłem w szybę, jakbym zawisł gdzieś pomiędzy – bez myśli, bez celu, poza czasem.
– O czym tak myślisz? Widzę, że coś Cię męczy.
Zawsze wiedział, kiedy ze mną było coś nie tak, ale ja nigdy nie chciałem się tym dzielić. Chciałem radzić sobie sam z problemami, podobno tak robią dorośli…
Tym razem było inaczej. Miałem już dość.
– Tato… ja już tego nie czuję.
Ojciec złapał się za brodę i zamilkł– robił tak, gdy zaczynał myśleć.
– Jak to? Przecież kochasz to robić. Żyjesz tym od zawsze.
– Wiem, ale to już nie daje mi szczęścia. To mnie boli. Nie tylko ciało… To wszystko idzie w złą stronę.
– Przecież masz wyniki. Jesteś najlepszy.
– Ale to już nic dla mnie nie znaczy.
Ojciec chwilę milczał.
– To co chcesz teraz zrobić?
– Nie wiem.
– Skoro nie wiesz, to może czas poszukać czegoś innego. Czegoś, gdzie znów się odnajdziesz. Twoja wartość nie zależy od wygranej ani rywalizacji. Zatrzymaj się na chwilę. Obierz nowy kierunek — taki, który da ci sens, a nie tylko wynik.
Zacząłem szukać. Wędrowałem przez pomysły, zainteresowania, wspomnienia. I wtedy przypomniałem sobie coś starszego niż bieżnia – klocki Lego. Zawsze kochałem tworzyć. Budować coś z niczego. Układać świat tak, jak widzą go moje oczy.
I tak – bez większego planu – znalazłem się w Skandynawii. Trafiłem do miejsca, w którym powstawały domy jak z klocków Lego. Brzmi nierealnie? A jednak czasem to, co nierealne, staje się najbardziej prawdziwe.
W Szwecji życie płynęło wolniej. Lubiłem ten rytm. Czułem tam spokój. Mój szef miał na imię Bo. Z pozoru zwyczajny facet – siwe włosy, czarny golf, donośny głos, ale w oczach miał coś, co trudno opisać. Obecność.
Pewnego zimowego dnia, gdy śnieg miękko padał za oknem, usiedliśmy przy kuchennym stole w pracowni. Pachniało kawą i drewnem.
– Bo – powiedziałem sfrustrowany – nie mogę tego pojąć. Na bieżni wszystko było proste. Treningi, wyniki, medale, a tutaj… nie potrafię się odnaleźć.
Bo uśmiechnął się i spojrzał mi w oczy.
– Chłopaku, widzę, że wciąż szukasz na zewnątrz. Gonisz za tym, co chciałbyś zobaczyć. Nie jesteś już na stadionie.
– Co masz na myśli?
– Twoje projekty są dobre, ale one są jak odbite światło. Jakbyś próbował odtworzyć coś, co już widziałeś.
– Ale przecież tak się projektuje… patrzę na inspiracje…
– Tak, ale nie kopiując. – Wziął łyk kawy. – Jeśli chcesz stworzyć coś wyjątkowego, to musi płynąć z Twojego serca, powinieneś poszukać głębiej…
– Łatwo powiedzieć…
– To prawda, ale nie ma innej drogi.
– A jeśli nie wiem, co mam w sercu?
Bo skinął głową.
– Wiesz, poświęciłem całe swoje życie, by zrealizować jedno marzenie: domy jak z klocków Lego. Wszyscy mówili, że to dziecinne, nierozsądne, niepraktyczne, a ja wiedziałem, że to moje. Budowałem, burzyłem, zaczynałem od nowa. Miałem chwile zwątpienia, samotności, masę wyrzeczeń, ale pragnienie było silniejsze. I dziś naprawdę budujemy domy jak
z klocków Lego.
– Rozumiesz, co chcę Ci powiedzieć?
– Wielkie rzeczy potrzebują czasu, a ci, którzy idą pod prąd, dostają coś, czego inni nawet nie są w stanie sobie wyobrazić.
– Widzisz, potrafisz mówić z serca, czyli musisz je mieć – uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu.
Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Jego słowa uderzyły we mnie jak dzwon. Wiedziałem, że ma rację. Nad ranem spakowałem torbę, pożegnałem się z Bo i ruszyłem w drogę. Nie wiedziałem dokąd. Wiedziałem tylko – po co. Chciałem pytać ludzi, czym dla nich jest dom . Szukać wspólnych punktów, które stworzą mój idealny projekt. Nie ten katalogowy, drogi, ale ten z duszą. Tak zaczęła się moja podróż. Już nie za medalem. Tym razem za marzeniem, które leczy i ma wartość…Wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak daleko mnie to zaprowadzi. Ani jak głęboko. Bo świat dorosłych okazał się dużo trudniejszy do zrozumienia niż bieżnia. Zamiast idealnego projektu, zaliczałem kolejne niepowodzenia. Siedem lat podróży i dotarłem do Tybetu – ale to taka moja metafora imprezowego życia bez oświecenia. Może raczej… bal maskowy, pełen ucieczki.

Poznałem wielu interesujących ludzi: „Przy-wodców”, polityków, biznesmenów, ambasadorów, a nawet agentów służb specjalnych. Wszystkich tych ludzi łączył jeden magiczny eliksir szczęścia – to przy nim opowiadali mi historie, które się nie wydarzyły, opowiadali o paktach, które nigdy nie istniały, oraz innych niesamowitych wydarzeniach. Moje marzenie stawało się przekleństwem. Zamiast domów budowałem problemy. Puste butelki były dowodem, że wszystko się sypie.
I wtedy z nieba spadł mój anioł stróż: Mały Książę.
Agent Jej Królewskiej Mości, z prawdziwie szlacheckiego rodu. Brzmi jak bajka, ale on naprawdę istnieje. Jego zadanie było proste: utrzymać mnie przy życiu, kiedy sam sprawdzałem, jak bardzo można się zgubić. Mój Mały Książę pojawiał się w najbardziej absurdalnych momentach. Zawsze obok, gotów uratować mnie przed samym sobą.
Od tej pory było nas dwóch: ja – zagubiony chłopak, który miał być ojcem, a nie wiedział nawet, kim jest, i on – mój mały przewodnik.

Opowiadałem mu o moim projekcie, a on, jakby intuicyjnie, bez filtrów dorosłego życia, mówił mi, jak powinien wyglądać dom. Z czasem zaczął rysować. Każdy rysunek był jak rebus. Nie plany architektoniczne, ale podpowiedzi. Trzeba było patrzeć sercem. I tak uczyłem się na nowo, że dom to nie ściany. Dom to przestrzeń, w której światło spotyka się z duszą.
Tamten czas, choć pełen upadków, był początkiem czegoś większego. Czułem, że moje życie zaczyna układać się jak mozaika – z kawałków porażek, spotkań i dziwnych znaków. A Mały Książę… on trzymał mnie na tej ścieżce.
Pewnego dnia, gdy miasto rozświetlały neony, a my szliśmy spacerem do domu, spojrzał na mnie poważniej niż zwykle.
– Wiesz, chciałbym iść do kina…
– Pewnie, zróbmy to – odpowiedziałem. Czułem, że kiedy on o coś prosi, to zawsze ma głębszy sens.
I tak ruszyliśmy z uśmiechem, nie wiedząc jeszcze, że następna scena naszej historii dopiero się zaczyna.