Rozdział 20 – Termopile

To lato było niezwykle intensywne – pełne inspiracji, magii i kolorowych chwil. Festiwal za festiwalem, dzień za dniem, głosiliśmy naszą dobrą nowinę, dając z siebie wszystko.

Spotykaliśmy ludzi, którzy mieli odwagę puścić wodze wyobraźni – to właśnie oni sprawiali, że rozmowy stawały się naturalne, pełne pasji i uśmiechu. Nasz plan podobał się niemal każdemu. Ich rady i wsparcie przenosiły naszą wizję na wyższy poziom. W świecie, gdzie muzyka i taniec nadają rytm, wszystko nabiera innego wymiaru – energia unosi Cię jak fala.

Kulminacją był jak zwykle festiwal nad Rzeką Regą. Tam lato ma nieziemski bajkowy kontrast. W otoczeniu lasu, tańca i dobrych wibracji stworzyliśmy pierwszy koncept rajskiej osady w niespełna kilka dni. Wielki jeleń był wyjątkowo łaskawy! Jack, który zwykle patrzył na wszystko przez pryzmat logiki, w końcu przyznał:
— Kurczę… może Ty jednak masz rację, chłopaku. Ten świat to coś więcej niż mi się wydawało, to energia. To wszystko krąży…

Spojrzałem na niego i tylko przytaknąłem:
— Widzisz? A my nadajemy jej ton i kierunek…

— A co gdyby tak wgrać Konia Trojańskiego w najczulsze miejsce historii…? Kiedy myślisz
o największej bitwie, tej najstarszej, która przychodzi Ci do głowy? — zapytał Jack.
Pomyślałem chwilę i mówię — no nie wiem, dawaj!
— Termopile — powiedział bardzo powoli… Wszystko na odwrót — dodał.
— Chcesz tam urządzić festiwal, ale jak przekonamy Leonidasa? Jack jesteś szalony, ale to może zadziałać — powiedziałem.

Jack pierwszy raz użył magicznej fantazji, ale trzeba przyznać, że zrobił to z jego matematyczną precyzją. Wskoczyliśmy do hamaka, zamknęliśmy oczy i w kilka sekund byliśmy już w mitycznym świecie. Kiedy dotarliśmy do Termopil, powietrze aż drżało od napięcia. Wąski wąwóz, twardzi wojownicy, wszyscy gotowi oddać życie, aby stać się legendą. Leonidas siedział na skale niczym posąg, otoczony swoimi ludźmi.

— Kim jesteście? — warknął. — Obcy nie mają tu wstępu.

Jack zrobił krok naprzód.
— Przybywamy z przyszłości. Leonidasie wiemy, że wyrocznia została przekupiona. Wasza ofiara nie ma najmniejszego sensu.

Leonidas zmrużył oczy, podszedł bliżej.
— Milcz! Jesteśmy Spartanami. Naszym przeznaczeniem jest walczyć i zginąć!

Poczułem ciężar jego słów.
— Królu — powiedziałem — wiem, że wierzysz w honor, ale co, jeśli chwała może wyglądać inaczej? Co, jeśli zamiast krwi zostawisz po sobie zwycięstwo, które połączy ludzi na wieki?

Leonidas prychnął.
— Chcecie, żebym zdradził tradycję?

Jack podszedł jeszcze bliżej, patrząc mu prosto w oczy.
— Nie zdradzisz. Transformujesz. Masz szansę zrobić coś, czego nikt się nie spodziewa. Niech Persowie nie będą Twoimi wrogami, ale tłumem, który porwiesz do tańca…

Spartanie zagrzmieli śmiechem, inni syknęli z oburzenia. Leonidas jednak nie odwrócił wzroku.
Oparł dłonie na rękojeści miecza.

— Bogowie nauczyli mnie, jak wygrywać bitwy — powiedział cicho. — Jak ustawić szyk. Kiedy uderzyć. Kiedy nie cofnąć się ani o krok.

Rozejrzał się po wąwozie, po twarzach swoich ludzi, po kamieniach nasiąkniętych historią.

— Ale nigdy nie zeszli z Olimpu, by powiedzieć mi, co zrobić, gdy zwycięstwo przestaje mieć sens.

Zamilkł na chwilę.

— Od dziecka uczono mnie, jak podnieść miecz. Jak nie drżeć. Jak nie pytać.
Uniósł wzrok.

— Nikt nie nauczył mnie, jak odłożyć go w chwili, gdy wojna już nikogo nie chroni… a tylko domaga się kolejnych ofiar.

Westchnął.

— Może dziś bogowie milczą nie dlatego, że nas opuścili.
— Może czekają, aż człowiek pierwszy odważy się zakończyć to, co oni tylko rozpoczęli.

Cisza gęstniała. Wreszcie jego twarz złagodniała.
— Może i jesteście szaleni, ale w szaleństwie jest moc. — Kiwnął głową i dodał. Robimy to. Czas zmienić bieg historii. Rozstawiajcie scenę — dodał.

W obozie zawrzało, ale kiedy Spartanie zobaczyli, jak pierwsi Persowie zrzucają miecze i zaczynają tańczyć, szybko zrozumieli, że „dance ma sens”. Wielcy wojownicy patrzyli w osłupieniu, gdy gigantyczne wizualizacje Spartan rozświetliły wąwóz. Drewniany koń wjechał na znak pokoju…

Kserkses okazał się królem parkietu, a Leonidas w pewnym momencie wbiegł na scenę, wyciągnął miecz i ryknął:
THIS IS SPARTA!

I tak — przynajmniej w mojej historii — ten okrzyk nie zapoczątkował kolejnej bitwy, lecz pierwszy w dziejach ludzkości festiwal muzyki elektronicznej.

Tłum oszalał. Wąwóz Termopile zamienił się w największą taneczną imprezę w historii świata. Spartanie i Persowie tańczyli ramię w ramię, rytm niósł się od skał do nieba, a miecze i tarcze stały się rekwizytami do zabawy.

A ja — jak zwykle — bujałem się na hamaku, śmiejąc się z całego absurdu sytuacji i myśląc, że jeśli historia naprawdę lubi się powtarzać, to może czasem wystarczy… zmienić jej tempo.

Jack usiadł obok mnie i szepnął:
— Udało się, stary, to naprawdę się udało!
Straty w ludziach zero. Festiwal jak marzenie. Historia odczarowana… Jeśli masz dobry plan, największa jatka może zamienić się w imprezę, o której będą uczyć przez kolejne tysiąclecia…

Siedząc po południu w Termopilach w naszym obozowisku, odpoczywaliśmy po kolejnej salwie tańca. Nagle huk, namiot poszedł w strzępy, a na nas spadł człowiek, cały w piórach. Nie takie rzeczy widziałem na festiwalu, więc jakoś mocno mnie to nie zdziwiło.

Wstaliśmy, a tam on:
— Jestem Ikar! — jęknął. — Leciałem do słońca, ale od waszego namiotu biło takie ciepło, że pomyliłem kierunek…
Spojrzeliśmy na niego, a Jack mruknął:
— Tego jeszcze brakowało.
Ikar trzymał się za piętę, jęcząc:
— Świetnie, noga rozwalona… Mam tego dość, chcę zacząć żyć po swojemu, bo te pomysły mojego ojca to jedna wielka farsa.
— Nic się nie przejmuj, trafiłeś do właściwej drużyny — powiedziałem.

Przybiliśmy mu piątkę i od tej chwili stał się częścią naszej festiwalowej ekipy. I wtedy pojawiła się Natalia – ikona muzycznej sceny. Tak. Dziewczyna w czerwonym dresie, która nauczyła mnie muzyki i tańca. Spotkasz ją na każdym festiwalu. Z uśmiechem na twarzy mówi — No panowie, nieźle rozbujaliście tę imprezę! — krzyknęła. — Myliłam się co do Ciebie, Chłopaku…
— No wiesz, może trochę byłem osłem, ale to już stare czasy… Dzięki Tobie wiele się o sobie dowiedziałem, ważne jest tu i teraz… Może usiądziemy na chwilę, odpoczniemy.
Natalia przytaknęła i mówi:
— Ja też już nie dam rady więcej tańczyć, chyba obtarłam piętę.
I wtedy w mojej głowie zapaliła się lampka. Eureka!
Natalia, mam do Ciebie prośbę, ale tylko ten jeden jedyny raz — powiedziałem.
— Zamień mnie proszę w osła, ale tym razem mądrego i gadającego!
— Ty serio nigdy nie zmądrzejesz, chłopaku — westchnęła, ale finalnie zgodziła się na czary…

Machnęła ręką i już po chwili miałem piękne pomarańczowe futerko. Jack wybuchnął śmiechem.
— Wyglądasz lepiej niż w tej Twojej starej znoszonej pomarańczowej bluzie!

Ale ja tylko machnąłem ogonem:
— Słuchajcie, to nie czas na żarty. Proszę, wsadźcie mnie do hamaka, muszę dorwać Achillesa, to jedyna szansa na ratunek dla Aleksandra.

Znalazłem go dość szybko. Był dumny i gniewny, gotów do walki. Achilles uwielbiał zabijać, ale zwierzęta kochał bardziej od swojego miecza. Powoli do niego podszedłem i nawijam bajkę, że to bogowie mnie tu przysłali…
— Słuchaj, wiem że chcesz zostać największym wojownikiem wszechczasów, ale to obróci się przeciwko Tobie. Cała ludzkość będzie pamiętać Cię tylko przez Twoją piętę, w którą zostaniesz ugodzony! — powiedziałem. — To chcesz po sobie zostawić?

Włączyłem mu trailer „Troi” na YouTube, zrobić to kopytem nie było łatwo, ale dałem radę… Kiedy zobaczył Brada Pitta, zagotował się ze złości.
— Zabiję go! — wrzasnął.
— Spokojnie — odpowiedziałem. – Ja mam na Ciebie pomysł, potrzeba nam więcej filozofów, mędrców, myślicieli, a Twoje imię aż się prosi o taką rolę, zapisz się w dziejach ludzkości — Zostaniesz A Hill Less – tym, który odpuścił. „Less is more”. Zamieszkaj na wzgórzu, zamiast kończyć w tragedii. Mały domek, piękna kobieta i Ty… rok do roku jakiś fajny festiwal…
Achilles spojrzał na mnie, aż w końcu się uśmiechnął.
— Jak na gadającego osła, masz w sobie dużo mądrości. Ewidentnie musieli przysłać Cię bogowie. Tak też uczynię. I w ten oto sposób Achilles dołączył do nas jako nowy filozof, a co za tym idzie — nie dotarł do Troi. Nasza historia pozbyła się więc kolejnej wojny, która nikomu nie była potrzebna.

Kiedy tylko zmieniłem nastawienie Achillesa, musiałem odwiedzić Aleksandra. Zamiast wodza, który wiecznie siedział na tronie ujrzałem go pierwszy raz przed skromnym namiotem. Patrzył w horyzont. Przed wejściem stał Bucyfał, a obok skrzynia pełna złota.

— Dobrze, że jesteś, chłopaku! — powiedział. — Przepraszam za moje ostatnie słowa.

— Aleksandrze, co się stało? Gdzie Twoje wojsko?

— Odesłałem ich do domu. To wszystko nie ma sensu. Byłem egoistą. Teraz chcę domek na wzgórzu, ciszę i spokój, a  może wybiorę się do Tybetu na jakiś czas…

Roześmiałem się:
— Do Tybetu może lepiej nie to długa i męcząca podróż, daje Ci słowo. Ty chyba za dużo naczytałeś się o Achillesie!

— Może tak, ale dziś śniła mi się jego historia. Ten minimalizm to chyba właśnie droga dla mnie.

— Aleksandrze, może wrócisz do domu, do Macedonii?

— W Macedonii nic na mnie nie czeka. Nie było mnie tam od lat…

— Dołącz w takim razie do nas. Odbudujemy Twoje imperium cyfrowo – w XXI wieku.

Aleksander ożywił się.
— A ten Twój mały domek o którym tyle opowiadałeś, ten na wzgórzu? Mógłbym w nim zamieszkać? Zapłacę złotem!

— Dla Ciebie wszystko! — odpowiedziałem. — jest jeden problem osły mieszczą się w hamaku, ale Bucyfał nie przejdzie…

Aleksander spojrzał na konia i westchnął.
— Trudno. Niech każdy będzie wolny. Wróć po mnie, gdy dom będzie gotowy. Po wielkim sprzątaniu starożytnego świata czułem się jak grecki Bóg! Jakby świat zyskał więcej barw, a moja postać stała się bardziej spokojna. Tak jak zmienił się Aleksander, tak samo zmieniłem się ja. Najbardziej fascynujące jest to, że mimo różnic znaleźliśmy wspólny rytm. To jak taniec, w którym wzajemnie się uzupełniamy.

Kosmiczne podróże bywają wyczerpujące. Pełne niespodzianek, niebezpieczeństw i absurdów, ale kiedy wchodzisz w każdą sytuację z uśmiechem i pomysłem, dzieje się magia.

Ludzie zaczynają widzieć w Tobie coś wyjątkowego. I wtedy nieważne, czy stoisz przed papieżem, rozwścieczonym Achillesem czy Stevem Jobsem – wszyscy zaczynają Cię słuchać, gdy promieniujesz autentycznością. 

To lato było naprawdę wyczerpujące – festiwal za festiwalem, a do tego jeszcze te Termopile. Leonidasowi tak spodobał się klimat zabawy, że w ogóle nie chciał nas wpuścić. Mimo zmęczenia wiedzieliśmy, że w tym roku czeka nas najważniejsze zadanie. Stworzenie cyfrowego imperium. Było dla nas nie lada wyzwaniem, ale skoro poradziłem sobie w dwóch złotych wieżach i z boginią Nike, to z Jackiem u boku byłem pewny, że damy radę.

W końcu mówimy o rebrandingu dla wielkiego władcy! Legendy nie można traktować byle jak. Aleksander Wielki w XXI wieku? To wymagało odpowiedniego przygotowania i odrobiny fantazji.

Najpierw kupiliśmy piękne Porsche Panamera. Tak, nowe Porsche Panamera. Aleksander potrzebował godnego zastępstwa dla Bucyfała, Koń musiał być silny i szybki… Zaczęliśmy się zastanawiać: czym Aleksander miałby się teraz zajmować? Wojny? Mało praktyczne. Kto ma dziś czas na oblężenia, kiedy są korki? Podbijanie świata? Trochę nie w modzie ale wtedy AI podpowiedziało nam coś genialnego: E-wizy! Niszowy temat, trochę jak hamaki – kto raz spróbuje, ten rozumie, a reszta dopiero patrzy z niedowierzaniem. Nowoczesna biurokracja to idealny sposób na budowę imperium w XXI wieku. Formularze, przepisy, regulaminy – to przecież współczesna wersja falangi! Od tej chwili wszystko poszło z górki… albo i nie. Założenie firmy od zera, tak żeby nikt się nie połapał, że pracujemy dla Aleksandra Wielkiego, to nie lada wyczyn, ale kiedy masz magiczny hamak do podróży w czasie, rzeczy niemożliwe stają się możliwe. Przyznajemy, było trochę kombinowania – tu podpis, tam pieczątka, kilka magicznych skrótów w systemie – ale efekt końcowy? 

Czysta perfekcja. W dwa miesiące udało się stworzyć startup-marzeń.

„Where do you want to go today?” – to było nasze bojowe hasło, które od razu wpadało w pamięć. Zamiast marszów i okrzyków bojowych Aleksander miał teraz własny slogan marketingowy. Brzmiało to świeżo, odważnie i jakby samo zapraszało do kolejnej podróży…Długo myśleliśmy nad nazwą, bo wiecie – branding to podstawa. Aleksander odrzucał kolejne propozycje, aż wreszcie przy jednym pomyśle jego oczy zaświeciły się jak w chwili triumfu pod Gaugamelą.

I tak powstało:

evisa-express

Krótkie, konkretne, nowoczesne – w sam raz na miarę imperium. Aleksander był zachwycony. Teraz, gdy ruszał na swój pierwszy podbój – cyfrowy, nie mieczem, a kliknięciem – czułem, że stworzyliśmy coś naprawdę wielkiego. Może nawet na miarę jego starożytnego imperium. Tym razem jednak zamiast bitew będą e-maile, a zamiast oblężeń – szybkie przelewy, a kiedy cyfrowe fundamenty były już gotowe, przyszła pora na ostatni krok. Budowę domku dla wielkiego wodza. Zostawiliśmy to na koniec. Dla nas to właśnie ten moment miał największe znaczenie.

Domek nie był pałacem ani marmurową twierdzą. Zbudowaliśmy coś prostego – drewnianego, z dużym oknem, tarasem i miejscem na hamak. Aleksander mógł wreszcie usiąść nie na tronie, ale w spokoju, popijając kawę i patrząc na świat z góry – dosłownie i w przenośni.

Patrzyłem na niego i miałem wrażenie, że dopiero tutaj cała historia znalazła swój sens. Imperia można budować w sieci, można stawiać startupy jak armie, ale prawdziwe królestwo zaczyna się w miejscu, w którym człowiek czuje się wolny.

– No to co, królu? – spytałem, bujając się w hamaku razem z Aleksandrem. 

– Gotowy na nowe życie?
– Teraz tak– odparł z uśmiechem – możemy wreszcie zacząć żyć.