Rozdział 22 – Raj na ziemi

Kiedy wreszcie moje marzenie przybrało kształt, świat zwolnił. Na skraju wzgórza, w samym sercu lasu, tam, gdzie poranna mgła spotykała się ze światłem słońca, powstał mój rajski ogród. Nie był to raj z obrazków zabarwionych złotem, zbyt doskonały, by mógł być prawdziwy. Był żywy. Oddychał. Cichy w swojej doskonałości, jak serce Pandory bijące własnym rytmem.

Między drzewami stał mój niewielki turkusowy domek z drewna księżycowego. W jego wnętrzu pachniało lasem. Każdy detal mówił o prostocie, którą wybrałem. Jasne podłogi, okno umieszczone dokładnie tam, gdzie słońce zachodziło najpiękniej, oraz minimalizm, który nie był wyrzeczeniem, lecz drogą do wolności.

Obok stała sauna. Dalej połyskiwał basen. Była też plaża — miękka jak puch, jasna jak śnieg, jakby przeniesiona znad ciepłego morza, o którym wszyscy kiedyś śnili, lecz nigdy w pełni go nie odnaleźli. Był również ogród — pełen warzyw o smaku słońca. Były też owoce — jagody, truskawki i maliny jakich nie znajdzie się w żadnym supermarkecie — oraz zioła: bazylia, mięta, rozmaryn, których zapach unosił się nad całą przestrzenią.

A dalej rozciągał się sad. Piękny, spokojny, pełen jabłoni o szerokich koronach i pniach noszących ślady czasu. Był tak rozległy, że mógł utrzymać cały mój rajski ogród — karmić ludzi, dawać zapasy na zimę i nadmiar na dzielenie się z innymi. Jabłka dojrzewały tu powoli, ciężkie od soku i światła.

Dla mnie ten sad był powrotem. Do świata sprzed pośpiechu. Jabłko było moim ulubionym owocem nie dlatego, że był to owoc zakazany, lecz owoc wyboru.

Nad wszystkim czuwała technologia — niewidzialna, mądra i skromna. Zarządzała wodą, energią, rytmem dnia. Nie musiałem niczego kontrolować. Wystarczyło, że byłem. Leżałem w swoim turkusowym hamaku.

I czekałem.

Nie na tłumy. Na pierwszego gościa.

Plotki o moich poczynaniach rozeszły się szybciej niż wiatr. I wtedy pojawił się on, sam Elon, tak gość od Tesli. Był bez ochrony, bez asystentów. Kiedy przekroczył bramę mojego rajskiego ogrodu, zaniemówił. To nie był zachwyt, to było oświecenie. Natura i technologia nie walczyły tu ze sobą. Oddychały jednym tchem.

Zsunąłem się lekko z mojego turkusowego hamaka na ziemię i podałem mu dłoń.

— Co cię tu przyniosło, mój kosmiczny przyjacielu? — zapytałem z uśmiechem.

Elon przez chwilę milczał, jakby próbował upewnić się, że to, co widzi, naprawdę istnieje. W jego oczach było widać smutek i zmęczenie…

— Słyszałem… to i owo — powiedział w końcu. — O tobie. O tym miejscu. O tym, że potrafisz łączyć rzeczy, które inni uznają za sprzeczne. Mówią, że pomagałeś tym największym i że podróżujesz między światami. Podobno sam Aleksander Wielki mieszka tu z tobą?

Uśmiechnąłem się lekko.

— Jedni twierdzą, że to tylko bajki. Inni, że wszystko wydarzyło się naprawdę. A jak to było, ciężko ocenić — wzruszyłem ramionami. — To, co tu widzisz, nie powstało z obliczeń komputerów kwantowych ani z algorytmów sztucznej inteligencji. To wiedza zebrana w drodze. Marzenie utkane z rozmów i spotkań z ludźmi, którzy nie przypadkiem pojawili się w moim życiu.

Elon rozejrzał się powoli, jakby po raz pierwszy naprawdę patrzył.

— Zawsze myślałem — przyznał cicho — że technologia i natura muszą ze sobą walczyć. Że jedna w końcu zastąpi drugą.

— A widzisz tu walkę? — zapytałem.

Elon pokiwał głową.

— Widzę współpracę.

Uśmiechnąłem się i odwróciłem w stronę sadu. Podeszliśmy do jednej z najstarszych jabłoni, zerwałem jabłko i podałem je Elonowi.

— To moje ulubione.

Elon spojrzał na owoc, jakby trzymał w dłoni coś zupełnie obcego.

— Jabłko?

— Tak — odparłem. — Od tysięcy lat ludzie mówią, że przez jabłko stracili raj. Ja myślę, że to nieprawda. Raj straciliśmy wtedy, gdy przestaliśmy wybierać naturę i prostotę.

Elon obracał jabłko w dłoni.

— A co mam wybrać ja? — zapytał cicho.

— Czy chcesz dalej uciekać z Ziemi — odpowiedziałem — czy może wreszcie poczuć jak się tutaj żyje w zgodzie z naturą…

Elon uniósł jabłko do ust i ugryzł kawałek.

Sok spłynął mu po palcach.

I wtedy coś w nim pękło.

— Dawno nie jadłem czegoś tak prawdziwego — powiedział.

Zapadła cisza. Usiadł na hamaku, a ja usiadłem obok niego.

— Wiesz, Elon, gdybym miał twoje możliwości — powiedziałem spokojnie — zacząłbym od porządków. Widziałeś kiedyś bajkę o robocie, który miał samotnie posprzątać całą ziemie?

Elon skinął głową.

— Kojarzę.

— Jego zadaniem było sprzątanie Ziemi, którą ludzie tak bardzo zniszczyli, że musieli ją opuścić. Ludzie mieli już nigdy nie wrócić na Ziemię, a jednak Eva i Wally, dwa roboty zrobiły wszystko co mogły, aby im pomóc. Statek w końcu wylądował na ziemi.

Elon spojrzał na mnie uważnie.

— Co masz na myśli?

— Myślę, że dzisiaj ludzie są jak ci na statku kosmicznym — odpowiedziałem. — Siedzą przed ekranami, ze smartfonami w dłoniach, smutni, chorzy coraz bardziej oddzieleni od siebie i od natury. Żyją jak niewolnicy własnej wygody i rozproszeń. Ale świadomość się zmienia. Może czas, żeby ten statek zmienił kierunek i w końcu wylądował na Ziemi. Zamiast lecieć na Marsa…

Zawiesiłem głos na moment i dokończyłem:

— Może twoje roboty mogłyby być jak te z bajki. Mogłyby sprzątać Ziemię. Oczyszczać oceany z plastiku. Naprawiać to, co zniszczyliśmy. Sadzić drzewa tam, gdzie pustynie się rozrastają. Odbudowywać glebę, którą zniszczyliśmy chemią. Naszym celem jest życie a nie kontrola.

Elon słuchał w ciszy.

— Mogłyby uczyć ludzi — ciągnąłem dalej — że postęp nie musi niszczyć. Że technologia może wspierać naturę. A potem pokazalibyśmy światu takie miejsca jak to. Możemy je wspólnie dopracować…

— Renesans… — wyszeptał Elon.

— XXI wieku — dokończyłem. — Nie imperium władzy. Imperium odpowiedzialności.

Elon podniósł głowę.

— Imperium, które tworzą wszyscy…

— Ja już mam swój raj, o który będę dbał — powiedziałem, wskazując ogród. — Reszta zależy od ciebie.

Elon wstał i podał mi rękę. Ten uścisk był inny niż wszystkie, których do tej pory doświadczyłem. Była w nim decyzja.

— Odbudujmy ten świat — powiedział. — Sprawmy, że niebo będzie miejscem na Ziemi.

Uśmiechnąłem się i dodałem:

— A potem zdecydujesz, czy nadal chcesz lecieć na Marsa.

Elon pożegnał się ze mną i wsiadł do swojej Tesli. Gdy jego pojazd ginął za horyzontem topiąc się w świetle zachodzącego słońca, poczułem jak moje marzenie, marzenie zwykłego chłopaka, zaczyna rozchodzić się po całej ziemi. A świat, powoli — dzień po dniu — zaczynał wracać do kosmicznego porządku.