Rozdział 8 – Autostopem do wolności

Moja nietypowa terapia zadziałała szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Pewnego ranka obudziłem się i poczułem, że moje stare przywiązania już… nie są moje.

Mieszkanie na kredyt? Sprzedane. Samochód z czterema kółkami, w którym kiedyś czułem się jak władca pierścieni? Już nie dawał mi tej mocy. Kiedy zacząłem patrzeć na swoje dawne przyzwyczajenia, coś przestało się zgadzać. Nie miałem już ochoty na wieczory w wystawnych klubach, gdzie kieliszek szampana kosztował tyle co tygodniowe zakupy, a wszyscy sprawiali wrażenie bardziej napiętych niż ja podczas sprinterskiego biegu.

Pamiętam te wnętrza: kryształowe żyrandole, złote zdobienia na ścianach, miękkie sofy, w których można było się zatopić… a jednak panowała tam atmosfera, jakby każdy siedział na krawędzi krzesła, czekając na coś, co nigdy nie nadejdzie.

Ludzie ubrani w najdroższe marki, pachnący perfumami z reklam, śmiali się głośno, ale ich oczy zdradzały coś innego. Byli uśmiechnięci na zewnątrz, lecz w środku paliło ich to samo, co mnie jeszcze kilka miesięcy temu — pustka, którą próbowali wypełnić kolejnym drinkiem, nową torebką, kolejnym „must have”. Ten blichtr, który kiedyś uważałem za bogactwo, nagle zaczął wyglądać jak karykatura szczęśliwego życia. Jak teatr, w którym wszyscy grali rolę „człowieka sukcesu”, ale scenariusz był kiepski. A ja? Zacząłem odnajdywać szczęście gdzie indziej. Smak herbaty wypitej w ciszy, dotyk słońca na skórze, zapach powietrza po deszczu — te proste rzeczy nagle stały się cenniejsze niż wszystko, co można było kupić kartą kredytową.

Zacząłem codziennie chodzić do lasu. Pierwszy raz w życiu naprawdę zwracałem uwagę na to, jak pięknie kwitną drzewa i kwiaty na wiosnę. Przez całe swoje życie biegłem obok — patrzyłem, ale nie widziałem. Teraz każdy krok w lesie był jak odkrywanie nowego świata. Słońce igrało wśród liści, tworząc złote wzory na leśnej ścieżce. Powietrze pachniało wilgocią ziemi, a gdzieś w oddali słychać było stukot dzięcioła. Fiołki przy samej drodze świeciły jak fioletowe iskry, a białe zawilce kołysały się delikatnie, jakby kiwały mi głową na powitanie.

Zatrzymałem się nad małym strumykiem. Krople wody odbijały światło jak kryształowe lustra. Zanurzyłem dłonie i poczułem, że w tej prostocie jest coś więcej niż w kieliszku drogiego szampana. Było w tym życie — prawdziwe, miękkie, pulsujące.

Zrozumiałem wtedy, że przez lata byłem ślepy na rzeczy, które miałem na wyciągnięcie ręki. Natura nie potrzebowała blichtru. Była najczystszym luksusem, jaki mógł istnieć.

Adam, jak zwykle, zaskoczył mnie w najmniej spodziewanym momencie. Zadzwonił na kilka tygodni przed wakacjami.
— Chcesz zobaczyć, jak wygląda świat z perspektywy wolności? — zapytał.
— Co masz na myśli? — odparłem ostrożnie.
— Co byś powiedział na wyprawę autostopem w nieznane? Zero planów, zero założeń. Plecaki, hamaki i podróż tam, gdzie nas poniesie.
— Autostopem? Tak bez samochodu?
— No właśnie! — odpowiedział entuzjastycznie. — Autostop, może pociąg. Śpimy, gdzie popadnie, rozwieszamy hamaki między drzewami. Żyjemy chwilą…

Zabrzmiało to odważnie, ale pomyślałem: skoro mam posmakować wolności, to spróbujmy w całości. Pełen entuzjazmu, kupiłem plecak, śpiwór i mój pierwszy turkusowy hamak! Razem z Adamem oraz Rafałem, jak trzej muszkieterowie, ruszyliśmy w podróż autostopem nad Morze Czarne. Plan? Zero planu. Maksimum przygód!

A no tak — Rafał. Kim był i skąd się wziął? Sam do końca nie wiem. Wysoki, dobrze zbudowany i cichy… do momentu, kiedy nie zaczął beatboxować. To był jego język. Rytm płynął z niego tak naturalnie, że miałem wrażenie, jakby w każdej chwili potrafił zamienić nasze przygody w muzyczną opowieść.

Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, nie czułem się komfortowo. Miał w sobie coś z wojownika — surowy wzrok i postura atlety. Jednak czasem odkryłem, że za tą zbroją kryje się człowiek z gołębim sercem.

W chwilach kryzysu to właśnie Rafał był tym, który potrafił rzucić żart, nadać rytm albo po prostu poklepać po plecach. Wtedy zrozumiałem, że można mu zaufać.

Początek wyprawy zapowiadał się całkiem przyjemnie, podróżowaliśmy autokarem, później próbowałem złapać pierwszego stopa. Mogę Wam powiedzieć — to dość dziwne uczucie, ale robisz to potem drugi raz i jakoś zaczyna się robić naturalne.

Takim oto sposobem dotarliśmy na stację benzynową, która wydawała się być na końcu świata. Wieczór wydawał się spokojny. Rozbiliśmy obozowisko w pobliskim lesie. Zachód słońca, ciepło i wakacyjny vibe. Wtedy myślałem, że ta noc będzie jak poprzednia, spokojna. Przynajmniej tak mi się wydawało…

Była 2 w nocy, kiedy zaczęło kropić, a po kilkunastu minutach mżawka przerodziła się w potężną ulewę. Z nieba spadło tyle deszczu, że wszystko wokół zaczęło płynąć — scena rodem z filmu katastroficznego.

Adam wyglądał, jakby jego własne buty próbowały go wciągnąć do rzeki, która zaczęła płynąć pod naszymi hamakami; uwierzcie lub nie, ale jego buty odpłynęły. Rafał trzymał hamak nad głową niczym kapitan tonącego statku ratujący banderę, a ja… ratowałem swoje mokre skarpetki, bo każdy wie, że w podróży autostopem nie ma nic gorszego niż mokre skarpetki. Do kolan w wodzie, z włosami przyklejonymi do twarzy wyglądaliśmy jak szalona ekipa, która zgubiła się
w czasie.

— No i co? — krzyknął Adam przez ulewny deszcz. — Jak Ci się podoba slow life na hamakach? Potrafi zaskoczyć! — śmiał się wniebogłosy.

A ja zaskoczony takim obrotem spraw myślałem tylko o jednym – o powrocie do domu.

Wróciliśmy na stację benzynową, ociekający wodą, po kolana w glinie… Obsługa patrzyła na nas jak na dziwaków. Próbowaliśmy się porozumieć, ale skończyło się na machaniu rękami. Kolejne godziny spędziliśmy siedząc na plastikowych krzesełkach, obserwując jak deszcz bębni o dach. Suszyliśmy nasze przemoknięte ubrania. Ja marzyłem o powrocie do domu, a Adam był w swoim żywiole.
— Widzisz? Rzeczywistość Cię testuje. Pytanie: poddasz się, czy uśmiechniesz i idziesz dalej?

W końcu ustaliliśmy: trzeba znaleźć hostel. Ruszyliśmy w kapokach przeciwdeszczowych, wyglądając jak drużyna kosmitów. Przed nami 10 km drogi na piechotę w deszczu. Zacząłem nucić „Always look on the bright side of life”, a Adam i Rafał dołączyli.

Nie uszliśmy więcej jak kilometr i wtedy pojawił się wielki amerykański van, prowadzony przez typa, który wyglądał jak uciekinier z Woodstocku. Zaproponował nam podwózkę. I tak w trzy minuty znaleźliśmy się w hostelu. Wystarczyło ruszyć…

Gdy rozłożyliśmy mokre rzeczy, padłem na łóżko, śmiałem się z całej sytuacji. Adam miał rację — chcesz dramat, masz dramat. Chcesz przygodę życia, proszę bardzo. Chęć powrotu do domu zamieniła się w myśl o tym, gdzie poniesie nas jutro…

Następnego dnia wczesnym porankiem ruszyliśmy dalej. Na stacji kolejowej Adam wypatrzył plakat Parku Narodowego Plitvic.
— Jedziemy tam! — oznajmił.
— Adam, mamy cel: Morze Czarne — powiedziałem, zdenerwowany, jak zwykle gdy coś się zmieniało.
— A czy Ty nie możesz czasem wrzucić na luz, zmienić kierunku podróży i rozkoszować się drogą? I tak dojedziemy do celu „sportowcu”.

Po długiej kłótni dałem się przekonać. Kiedy dotarliśmy na miejsce, odebrało mi mowę. To było jak wejście do innej rzeczywistości: turkusowe wody, wodospady i zapach mokrego lasu. Rozbiliśmy hamaki w środku parku — totalnie na nielegalu, ale nie czułem, że robię coś złego. Gotowaliśmy makaron na turystycznej kuchence i rozkoszowaliśmy się widokiem wodospadów. Kiedy wracam do tego pamięcią, mogę stwierdzić, że to był jeden z najbardziej niezwykłych poranków w moim życiu. O świcie Adam siedział nad brzegiem jeziora.

— I co? Takiego widoku nie kupisz w żadnym hotelu — powiedział z uśmiechem. — „Welcome to the One Million Star Hotel!”

Spojrzałem na wodospady przed nami i tylko pokręciłem głową — Adam zawsze potrafił pokazać rzeczywistość z innej perspektywy.

Spakowaliśmy się i siedząc na poboczu drogi w oczekiwaniu na kolejną podwózkę, Adam powiedział:
— Wiesz, że w tej podróży nie chodzi o Morze Czarne?
— Jak to nie?
— Cel jest zawsze tylko wymówką. Chodzi o to, co dzieje się po drodze. To, co masz między startem a metą. To całe Twoje życie.

Parsknąłem śmiechem.
— Brzmi jak cytat z taniego poradnika rozwojowego.
— Możliwe. Ale co zapamiętasz bardziej: widok morza, czy ratowanie skarpetek w trakcie powodzi, beatbox Rafała pod mostem czy wodospad zaraz po przebudzeniu?

Adam miał rację. To nie morze mnie zmieniło. To droga. I ludzie, z którymi nią szedłem. Zupełnie odmienni niż ja, ale chyba o to w tym wszystkim chodziło. Doświadczyć czegoś innego, nie podążać za schematem, który był im znany od lat. Patrząc na rozgrzany asfalt przed nami, zrozumiałem, że wolność to nie wiedzieć, co będzie za zakrętem… i cieszyć się każdym momentem, który jest mi dany.

Czy dotarliśmy nad Morze Czarne? Niech choćby to pozostanie tajemnicą — jak niektóre miejsca, które istnieją bardziej w pamięci i w sercu niż na mapie. To była podróż, w której nie chodziło o przemieszczanie się w przestrzeni, lecz o zmianę perspektywy. O zgodę na niewiedzę, na improwizację, na zaufanie drodze. I może właśnie dlatego, nawet jeśli nie potrafię dziś jednoznacznie powiedzieć, dokąd dotarliśmy, wiem jedno: wróciłem stamtąd kimś innym, lżejszym, bardziej obecnym. Jakby świat okazał się większy, a jednocześnie bliższy niż kiedykolwiek wcześniej.